
Stanisław Piasecki
(15. 12. 1900 - 12. 06. 1941)
- dziennikarz, publicysta, pisarz, komentator kulturalny i polityczny. Autor książek: "Związek Białej Tarczy" (1929), "Prosto z Mostu" (1934), "Prawo do Twórczości" (1936). Pisał do "Akademika", "Dziennika Wileńskiego", "Gazety Warszawskiej", "ABC", "Wieczoru Warszawskiego", "Gazety Krakowskiej", "Nowin Codziennych", "Głosu Pracy Polskiej", "Warszawskiego Dziennika Narodowego", "Latarni Morskiej"... Redaktor naczelny tygodnika kulturalnego "Prosto z Mostu" (1935-1939) oraz konspiracyjnego pisma "Walka" (1940). Od 1939 r. działacz podziemia narodowego. Aresztowany przez Gestapo, więziony na Pawiaku, torturowany a w końcu zamordowany w zbiorowej egzekucji w Palmirach.
| Bardzo mi przykro, że artykuł ten nic a nic nie posuwa naprzód samego sporu; pisał go bowiem, niestety, nie frapujący żywotnością umysłową pisarz Stanisław Stroński, ale tout court - profesor Stroński. Stąd też zamiast istotnych rozważań na temat bardzo subtelnego problemu psychologiczno-politycznego, dostępnego właśnie dla pisarza, który z natury swego zawodu i talentu posiadać musi wyczucie, że w słowach "frankofil" i "polonofil" kryje się pewna treść znaczeniowo o wiele szersza, niż pomieścić się może w ich filologicznej wykładni - dostaliśmy krótką prelekcję filologiczno-logiczno-historyczną, polemiczny rozbiór słów, zaprawiony sarkastycznemi uwagami, mającymi na celu splantowanie przeciwnika. Niezmiernie to efektowna gra towarzyska, w której zresztą prof. Stroński jest; mistrzem nielada. Zaczyna się ją, jak wiadomo, od ustalenia znaczenia słów. Co to znaczy: szklanka? Co znaczy: stół? Co; znaczy: co? Co znaczy: znaczy? Każdy niby wie, a nie ma pojęcia o wyobrażeniu. Rozumie, a nie umie określić. Wtedy przychodzi pora na profesorską definicję. Dowiadujemy się z niej rzeczy niespodziewanych. Takie to przecież było proste, patrzcie, jakie jest skomplikowane! Następuje olśnienie tego samego typu, jakie przeżywał molierowski pan Jourdain, gdy mu profesor filozofii objaśnił różnicę między poezją a prozą. Tyle, tyle lat żył sobie pan Jourdain na świecie i nic nie wiedział o tym, że gada - prozą. Przypadkiem (bom się greki, niestety, nie uczył) wiem, że philos znaczy przyjaciel. Toteż nie olśniła mnie definicja prof, Strońskiego, że frankofil znaczy: przyjaciel Francuzów. Myślę jednak, że można nie mieć pojęcia o istnieniu słówka philos, a doskonale rozumieć, co znaczy słowo frankofil. Rozumieć nawet lepiej. Bo definicja prof. Strońskiego od razu nasuwa wątpliwości. Czy frankofil naprawdę znaczy: przyjaciel Francuzów, czy też może raczej -- przyjaciel Francji? Wykładnia nr. l bardzo jest wygodna do efektownego zbycia całego mojego artykułu "Jesteśmy polonofilami" grą słów: -...my wszyscy jesteśmy nie... przyjaciółmi Polaków, lecz, że tak powiem, prosto z mostu... Polakami.
Przyjęcie wykładni nr. 2 utrudniłoby już zadanie polemiczne. Można być przecież np. krakowianinem i równocześnie członkiem Tow. Przyjaciół Krakowa, czy nawet bez członkostwa poprostu przyjacielem Krakowa. I można, będąc krakowianinem, nie być przyjacielem stołecznego królewskiego miasta (exemplum: Nowaczyński i jego znana fobia). Zatem nawet dla znających greckie znaczenie, słowa philos, powiedzenie "jesteśmy polonofilami" czyli według wykładni nr. 2: "jesteśmy przyjaciółmi Polski", nie jest znów tak bardzo pozbawione sensu (choćby dosłownego). Natomiast wykładnia nr. 1, tak poręczna do polemicznego odżegnania się od polonofilstwa, obawiam się, że przysporzy prof. Strońskiemu; sporo kłopotów frankofilskich. Bardzo to bowiem nieprzyjemnie być zawodowym przyjacielem Francuzów (wszystkich). Przyjaźni dla Maurrasa, Mauriaca czy Weyganda, można pogratulować prof. Strońskiemu; natomiast trudno byłoby mu zazdrościć przyjaźni dla pp. Oustrica, Boussaca, czy Lamdru... Bardzo przepraszam czytelnika za tę przydługą dygresję filologiczną i wciągnięcie ich w grę towarzyską pod nazwą ,,co znaczy: znaczy" Klnę się na rozkonspirowane niebacznie słowo philos, że nie moja w tym wina. Sprawa ujęta w polemicznym przeciwstawieniu: "jesteśmy frankofilami" - "jesteśmy polonofilami", nie należy oczywiście do pożytecznej skądinąd nauki filologii. Jest sprawą postawy psychicznej narodu. Jest zagadnieniem, że powtórzę słowa z poprzedniego artykułu, z zakresu woli wielkości narodu: Czem chcemy, żeby była Polska: narodem, czy narodkiem? Na to prof. Stroński: - Podobno odpowiedź na to pytanie padła nieodwołalnie?tysiąc lat temu, wobec czego... maleje doniosłość rzekomej różnicy między mniej górną i górniejszą wolą dwu pokoleń dzisiejszych.
Istotnie, odpowiedź padła tysiąc lat temu. Tylko że przez te tysiąc lat nie byłą; zawsze z równą konsekwencja powtarzana. Brzmiała głośno, od Elby po Dniepr, za Bolesława Chrobrego; przycichła w Polsce dzielnic po Krzywoustym; wzbierała znów na sile za Łokietka i Kazimierza Wielkiego; utrwaliła się potężnie za Jagiellonów od morza do morza; słabła pot rządami Wazów, w cudzych interesach dynastycznych; nie zdołała się wydźwignąć w negatywnym, obronnym haśle Sobieskiego: Polska przedmurzem chrześcijaństwa; aż się zatraciła za Sasów. Od XVIII-go wieku następuje w psychice polskiej rozszczepienie, charakterystyczne dla słabości narodowej, rozszczepienie, które w historii kultury naszej znane jest pod nazwą ścierania się sarmatyzmu z cudzoziemszczyzną. Z jednej strony buta szlachecka, pyszałkostwo sarmackie bez pokrycia, ciemne, tępe, lada ukłonem potężnych sąsiadów dające się zaspokoić - z drugiej oświecone czepianie się cudzych klamek, antyszambrowanie polityczne i kulturalne, frankofilizm według wykładni nr. 1: każdy obieżyświat i wykpigrosz francuski, który raczył się pofatygować nad Wisłę, staje się wyrocznią, jako że Polak jest przyjacielem Francuzów (wszystkich). ...pawiem narodów byłaś i papugą? To nadymanie się sarmackiego pawia i scudzoziemszczałe skrzeczenie papugi i nadwiślańskiej przetrwało lata niewoli. Trwa po dziś dzień. Brzmi echem w upajaniu się frazesem mocarstwowości papierowej; odzywa się w narzucaniu narodowi hasła: jesteśmy Frankofilami. Prof. Stroński bardzo się dziwuje, że hasło: i jesteśmy frankofilami, można przetłumaczyć na: nie jesteśmy więc narodem Polaków, ale frankofilów. I powiada, że w wieku XIX-tym takiego sposobu rozumowania nie uczyli. Dorzucę chętnie i wiek XVIII. Wówczas także tego nie uczyli. Przeciwnie, zachwalali cudzofilstwo. W lożach i nie w lożach. Nam się jednak wydaje w wieku XX-tym, ( w tym wieku XX-tym, który wbrew ścisłości kalendarzowej zaczyna się po wojnie), że być frankofilami, być frankofilami jako naród, to znaczy nie być Polakami, tylko conajwyżej trzy czwarte-Polakami całkowitymi. I tacy już dziwni jesteśmy, ze wolimy być Polakami całkowitymi. A więc Polakami i zarazem - polonofilami. I myślimy, że przy takiej postawie psychicznej, wspólne interesy Polski i Francji, wynikające z sojuszu, mogą być chronione skuteczniej i pewniej.
|