Z uwagi na to, że impreza była dwudniowa odpuściłem sobie pierwszy dzień, tym bardziej, że program obydwu dni był jednakowy. Drugiego dnia wyruszyłem razem z koleżanką do Podkowy, która jak na zwykle bardzo spokojne miasto tętniła życiem. Ulice w pobliżu kościoła były zamknięte dla ruchu, a porządku na drodze pilnowali strażacy, którzy zachowywali się podobnie jak czerwonoarmiści z „Czterech Pancernych” czyli bezładnie wymachiwali chorągiewkami. Patrząc na zablokowane ulice i dziesiątki samochodów zaparkowanych na poboczach oraz konfrontując to z moją mizerną znajomością topografii Podkowy martwiłem się o miejsce parkingowe. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Wjechaliśmy w jakąś boczną drogę, która prowadziła do lasu, znaleźliśmy, wolne miejsce, gdzie nie narażając się policji można było postawić niebieskiego Durango i ruszyliśmy w poszukiwaniu jarmarku. Nie było to trudne, gdyż drogę wskazywała nam muzyka, dobiegająca z głębi parku. Na miejscu zobaczyliśmy osadę złożoną z kilku namiotów, która na pierwszy rzut oka przypominała obozowisko Indian. Wrażenie to spowodowane było wyglądem namiotów. Osada złożona z namiotów była centralną częścią jarmarku. W namiotach mieściły się stoiska z miodem pitnym, ozdobami, średniowiecznym jedzeniem, replikami średniowiecznej broni, a nawet prymitywny warsztat tkacki. Średniowiecznym stoiskom towarzyszyły te jak najbardziej współczesne – z cukrową watą, piwem oraz napojami. Po mszy zaczęli napływać widzowie. Wrócili także w wojskowym szyku wojownicy, których pokazy walki były największą atrakcją jarmarku. Czas dzielący nas od pokazów walk spożytkowaliśmy na drobne zakupy i podziwianie wspaniałych motocykli, którymi przyjechali niektórzy uczestnicy Auto-mszy. W walkach uczestniczyło góra kilkunastu wojowników. Podzieleni byli na dwa oddziały – Słowian i Wikingów, których praktycznie nie można było od siebie odróżnić. Bitwy toczyły się na topory i miecze, a zwycięzcami na zmianę byli to Słowianie, to Wikingowie. Później wojownicy walczyli jeden na jednego (w kręgu honoru) i wszyscy ze wszystkimi (w kręgu zdrady). Niektórzy z uczestników tak wczuwali się w swoje role, że wyzywali się od kmieci lub pokazywali różne obraźliwe gesty. Było to zdecydowanie najlepszy punkt programu jarmarku, któremu towarzyszyła muzyka stylizowana na średniowieczny folk. Muzyka była zresztą najsłabszą stroną tej imprezy. Przyczyną tego były występy typowego weselnego tria złożonego z dwóch muzykantów i rozwrzeszczanej, czterdziestoletniej wokalistki. Usadowiwszy się na balkonie willi znajdującej się w parku raczyli wszystkich m.in. przebojami zespołu Boney M. Szczególnie denerwujący był też dresiarski hymn „Bania u Cygana” w ich wykonaniu. Z tego co później się dowiedziałem, drużyna nie miała wpływu na obecność tych ryczywołów na jarmarku i ich występ był traktowany jako zło konieczne. Jarmark opuściliśmy po około trzech godzinach. Tyle czasu spokojnie wystarczyło, żeby wszystko obejrzeć bez powtarzania kolejnych punktów programu. Uważam, że impreza była udana. Zresztą podobnie sądzą inni uczestnicy jarmarku. Nie można go oczywiście porównywać z imprezami, które odbywają się na Wolinie, pod Grunwaldem czy w Biskupinie, w których uczestniczy po kilkanaście drużyn lub bractw i związanych z nimi ludzi. Jak na małą liczbę wojowników i osób zaangażowanych w pokazy rzemiosła, jarmark zdołał przyciągnąć dość dużą liczbę widzów i na pewno stał się atrakcją. Widzowie mogli bowiem przymierzyć średniowieczny strój, brać udział w średniowiecznych konkursach i zabawach, a nawet zmierzyć się z jednym z wojowników. Dla większości była to chyba jedyna z niewielu możliwości zapoznania się z historią wczesnego średniowiecza.
|