Miesięcznik "Znak" zwrócił kiedyś uwagę, że mimo ogłoszenia przez współczesny świat triumfu ideałów "demokratycznego kapitalizmu" najważniejszym wyzwaniem dla współczesnego społeczeństwa liberalnego jest problem NARODU i NACJONALIZMU. Przyznam się, że mam ogromną ochotę rzucić się na ten "problem" ze skalpelem w ręku, za pomocą którego będę mógł przeciąć ten ogromny wór zgromadzonych na ten temat nieporozumień. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat byliśmy świadkami bezpardonowej walki z ideami narodowymi, która prowadzona była najczęściej za pomocą epitetów i spazmów histerii, a nie rzetelnej analizy problemu. Z drugiej strony doświadczyliśmy prób odgrzewania nacjonalizmu (czytaj szowinizmu) i koncepcji narodu w jej niestrawnej, deterministycznej XIX-to wiecznej wersji. Co prawda jeden z historyków idei zwrócił uwagę, iż to właśnie liberałowie doprowadzili do twardego nacjonalizmu (czytaj szowinizmu), że zrodzone w ich głowach fobie i obawy antynarodowe sprzyjają radykalnemu nacjonalizmowi, ale nie można nie zauważyć, iż również radykalni nacjonaliści (czytaj szowiniści) doprowadzili do jeszcze większego wzrostu antynarodowych fobii wśród liberałów. Koło zamknęło się. Raz puszczona w ruch maszyna zaczęła się coraz szybciej toczyć. Grupy strażników świętego ognia liberalizmu i narodowego egoizmu, grupy zwykłych pieniaczy, zapędziły nas na barykady. Po obydwu stronach powstał hermetyczny, zamknięty świat wzajemnego niezrozumienia i często nienawiści, który zrodził alergię na pewne słowa klucze, a jednocześnie zakonserwował minione, niejednokrotnie kołtuńskie, poglądy na rzeczywistość. Po środku zapanował świat gwiżdżących, ołowianych kul szablonowych epitetów. Na spotkanie celów pędziły śmiertelne, na zawsze dyskredytujące we własnym obozie, skazujące na ostracyzm etykiety: "Żyd", "mason", "faszysta", "wróg społeczeństwa otwartego". Święta walka nakierowana była początkowo na poszerzenie obszaru własnych zdobyczy, ale w konsekwencji doprowadziła do ujednolicenia własnych szeregów i zbudowania wysokiego muru odgradzającego od drugiej strony. W retoryce niepodzielnie zapanowały argumenty ad personam. Na początku adwersarze zapalili się w świętej krucjacie przeciwko sobie, a dziś po dekadach walk na placu boju pozostała jedynie nuda. Znamienne jest, że pewna część liberałów zdała sobie sprawę, iż w swoim ślepym pędzie w stronę pełnej autonomii jednostki, zanegowała jeden z najistotniejszych wymiarów ludzkiej egzystencji - wymiar przynależności do wspólnot, w tym do tej najsilniejszej - narodu. Mimo wszystko pomimo, jak to przyznał prof. Andrzej Walicki, obowiązywania w Polsce politycznej poprawności w postaci języka antynacjonalistycznej publicystyki liberalni publicyści dostrzegają, iż "przywiązanie do tradycji narodowych pozostaje, kto wie czy nie najważniejszym, ideałem pozwalającym jednostce odnaleźć swoją tożsamość we wspólnocie kulturowej i historycznej". Prof. Jerzy Jedlicki zauważył, że liberalna demokracja nie zwyciężyła w "rozwiniętym świecie", że ma silną konkurencję w postaci nacjonalizmów. Niestety nie potrafi on wyzwolić się z języka stereotypów uważając, iż Europie grozi z tego powodu "przerost narodowych kompleksów", który doprowadzi do wstrząsów mogących "zakłócić jej spokój i dobrobyt". Historyk idei prof. Jerzy Szacki zauważył, iż "wiele już razy stwierdzano, że era narodów zbliża się do końca". Tymczasem nacjonalizm "jako jedna z wielkich ideologii, jakie zrodził XIX wiek, (...) nie wskazuje bodaj żadnych oznak kryzysu". Jego zdaniem "kryzys przeżywają natomiast od dawna ideologie wobec niego konkurencyjne, a więc, z jednej strony "kosmopolityczny" liberalizm, z drugiej zaś - "międzynarodowy" socjalizm." Żyjemy w świecie, w którym temperatura uczuć narodowych zmienia się, ale nadal jest potężną i istotną siłą. Isaiah Berlin stwierdził wręcz, że pod koniec ubiegłego wieku żaden ruch i żadna rewolucja nie miały szansy na sukces jeżeli nie sprzymierzyły się z nacjonalizmem. Wydaje mi się więc, że warto śladem Józefa M. Bocheńskiego dokonać na nowo mozolnej pracy, która pozwoli zrozumieć istotę i piękno nacjonalizmu, a która jednocześnie pozwoli oczyścić go ze wszystkiego co płytkie, słabe i niskie. Musimy nadać idei narodowej prawdziwy blask, gdyż parafrazując niemieckiego pisarza Ernsta Jungera, warto walczyć tylko za takie sztandary, które chce się nosi na własnym ciele. Nie można doprowadzić do sytuacji, w której za społeczeństwem w którym żyjemy nie możemy obstawać, a w projektowanym nie będziemy się mogli, ani chcieli zadomowić. Czyż to nie również my odpowiedzialni jesteśmy za współczesną jałowość myśli? Czyż można dziwić się ludziom, iż nie chcą być idealistami w świecie, w którym można wybrać jedynie pomiędzy idiotycznymi propozycjami i zbankrutowanymi utopiami? Najprostszym wyjściem stała się dla większości ucieczka w bezmyślność. Marzy mi się więc nacjonalizm, który - paradoksalnie powołując się tu na słowa jego wroga - prof. Jerzego Jedlickiego, osadzi w ludzkich duszach niezbywalną potrzebę zbiorowego określenia w postaci kryształu "patriotyzmu dojrzałego, wzbogacającego życie duchowe człowieka, pobudzającego indywidualną ambicję i narodową dumę do sprostania wyzwaniom cywilizacyjnym i do tworzenia nowych wartości kulturalnych". Naród Strach przed rozbudzeniem uśpionych narodów i wywołaniem ducha nacjonalizmu spowodował, iż wśród współczesnych elit duże powodzenie zyskało twierdzenie, iż narody są tworami nowymi w dziejach ludzkości, mającymi niespełna dwa wieki historii. Pewien poklask zyskały również twierdzenia Ernesta Gellnera, iż narody są tworami sztucznymi powołanymi do życia przez różnej maści nacjonalizmy. Prof. Andrzej Walicki pisze wręcz o lęku przed tożsamością narodową zrodzonym w głowach postmodernistycznych elit. Fobie takie są niebezpieczne, albowiem rodzące się w głowach lęki budzą widma i upiory prowadzące do zamazania rzeczywistości. Pomimo, iż mamy obecnie do czynienia ze swoistym natężeniem takich poglądów, nie mają one rzetelnych podstaw naukowych i wynikają z przesłanek ideologicznych. Najwybitniejszy polski etnolog, antropolog społeczny, socjolog i badacz kultury - Bronisław Malinowski napisał w "Freedom and Civilisation", że istnienie narodów jest "pierwotnym i fundamentalnym faktem w ewolucji ludzkości". Zdaniem prof. J. Szackiego ludzkość nie jest co prawda od swojego zarania podzielona na narody, ale - wbrew obiegowym współcześnie koncepcjom, iż podział ten powstał dopiero w dobie wielkich rewolucji - była ona zawsze podzielona na wspólnoty. Zauważył on nawet, iż społeczeństwa pierwotne były nawet bardziej "nacjonalistyczne" od współczesnych, albowiem wyznawały etyczny dualizm nakazując zupełne inaczej traktowanie swoich i obcych. Pogląd taki, nazwał za Williamem Grahamem Summerem, etnocentryzmem. Naród powstał, zdaniem J. Szackiego, dopiero w chwili, gdy członkowie wspólnoty nie znali się już osobiście, nie znali wspólnych przodków, a łącząca ich więź miała już wymiar "ideologiczny". Pogląd, iż narody narodziły się dopiero w dobie Rewolucji Francuskiej jest jego zdaniem ułomny zważywszy, że niemożliwym jest, aby narodziły się nagle w wyniku jednego gwałtownego aktu, a nadto zjawisko rewolucji nie było powszechnie i nie miało np. miejsca w Ameryce Południowej. Rewolucja Francuska mogła być co najwyżej początkiem narodzin nowoczesnego narodu francuskiego, przy czym wydaje mi się, że należy poczynić tutaj zastrzeżenie, że mógł on powstać dopiero w chwili pojednania się potomków szlachty i stanu trzeciego, którą to nienawiść zrodzona została właśnie rewolucją 1789 r. Powstanie narodów było długotrwałym procesem, czego największym dowodem są, zdaniem prof. J. Szackiego, dokonane przez Benedykta Zientara badania dotyczące narodzin świadomości narodowej w epoce pokarolińskiej. Autor ten w swojej głośnej książce "Świt narodów europejskich" opisał zachodzenie intensywnych procesów unifikacyjnych w obrębie średniowiecznych społeczeństw państw dynastycznych, z których później zrodziły się państwa narodowe, a które to procesy doprowadziły do kształtowania się języka narodowego, wypierania języków lokalnych, czy tez budzenie się w środowiskach ówczesnych elit świadomości narodowej. Z istnieniem narodu polskiego, w postaci wspólnoty szlachty zamieszkującej I Rzeczpospolitą, mamy do czynienia już znacznie wcześniej niż pod koniec XVIII w. Nowoczesny naród polski narodził się zaś z chwilą unarodowieniem chłopów (pragnę zwrócić uwagę na słowo "unarodowienie" które wskazuje na proces objęcia pojęciem narodu, objęcia świadomością bycia wspólnotą, innych warstw oprócz szlachty) i Rewolucja Francuska w naszej historii nie była tutaj żadną cezurą czasową. Rewolucja Francuska nie miała także żadnego wpływu na powstanie narodu japońskiego, czy też chińskiego, który zdaniem wielu kształtuje się dopiero współcześnie. Jeżeli już poszukiwać jakiegoś katalizatora, który w europejskim kręgu kulturowym przyspieszył rozpoczęty w średniowieczu proces powstawania narodu, to należy wskazać na romantyzm. Pozwolił on społeczeństwu poststanowemu odnaleźć swoje korzenie, umożliwił zadomowienie w przeszłości i zainicjował proces tworzenia na gruncie stanów nowoczesnych narodów. Zdaniem socjologa Ryszarda Radzika "nowoczesny naród powstał w wyniku rozpadu struktur stanowych i rozwoju autonomiczności stanowej jednostki mogącej decydować o swojej przynależności grupowej". Początkiem procesu jego narodzenia stało się więc oświecenie. Jednocześnie jednak ludzie tej epoki starali się w imię kosmopolityzmu narzucić wszystkim unifikację kulturową i programowo walczyli z odrębnościami poszczególnych wspólnot. Dopiero więc, zdaniem R. Radzika, romantyzm ze swoim kultem różnorodności, fascynacją kulturami narodów, szacunkiem dla przeszłości, idealizacją "średniowiecza, monarchii, prerogatyw Kościoła i szlachty" w połączeniu z kultem wolności indywidualnej oraz wolności wspólnot doprowadził do wykrystalizowania współczesnych narodów europejskich. Naród powstał, według prof. Stanisława Ossowskiego, w momencie pojawienia się świadomości ojczyzny ideologicznej, wielkiego zbioru - uniwersum kultury zawartej w pośredniczących środkach przekazu: piśmie, sztukach, filozofii, myśli politycznej, literaturze w narodowym języku. Jego zdaniem to właśnie kultura ta wyznacza zasięg wyobrażonej wspólnoty. Bardzo ciekawe są rozważania prof. A. Kłoskowskiej, która zwróciła uwagę, że narody nie powstały jak "deus ex machina" na przełomie XVIII i XIX w. Jej zdaniem powstawały w wyniku długotrwałego procesu historycznego, podczas którego świadomość narodowa ogarniała coraz szersze rzesze społeczeństwa o podobnej kulturze zachowań i bytu mającego etniczne podstawy. Drugim modnym współcześnie poglądem jest powtarzane za Ernestem Gellnerem twierdzenie, iż narody są tworzone przez nacjonalizmy i wobec powyższego nie są bytami realnymi. Zdaniem konstruktywistów narody są bytami przygodnymi, sztucznymi, świadomie tworzonymi przez różnego rodzaju elity. E. Gellner uważa, iż naród nie jest w stanie wylegitymować się wewnętrzną, obiektywną koniecznością istnienia. Zdaniem prof. Andrzeja Walickiego poglądy takie są w większości głoszone przez emigrantów, albo Amerykanów, a więc członków narodu składającego się z emigrantów, którzy dotknięci są obsesyjnym lękiem przed tożsamością narodową. Zdaniem socjolog - prof. Antoniny Kłoskowskiej koncepcje konstruktywistów nie są konsekwentne, albowiem ich analiza wykazuje iż zakładają oddziaływanie narodu, którego jeszcze nie ma. W opinii prof. A. Walickiego koncepcjom E. Gellnera należy zarzucić fragmentaryczność. E. Gellner jako antropolog, socjolog i filozof stworzył swoją koncepcję w oderwaniu od historii oraz analizy procesów narodowotwórczych. Nie zajmował się na przykład zupełnie procesem emancypacji i uwłaszczania chłopów, ignoruje istnienie w Europie Środkowej wyższych kultur (vide Polska). Nie widzi on nadto żadnej ciągłości pomiędzy "nowoczesnym nacjonalizmem, a patriotyzmem terytorialnym i świadomością historyczną społeczeństw agrarnych, a przynajmniej ich elit". Jak widać E. Gellner zbudował więc swoją koncepcje w oderwaniu od podstawowych problemów "stawania się" współczesnych narodów, co winno nasunąć daleko idące wątpliwości co do trafności głoszonych przez niego poglądów. Co ciekawsze koncepcja Ernsta Gellnera paradoksalnie wyklucza możliwość istnienia państw wielonarodowych, a jednocześnie odrzuca twierdzenie, iż nacjonalizm prowadzi do popperowskiego społeczeństwa zamkniętego. Analiza głoszonych przez niego poglądów prowadzi do stwierdzenia, iż nacjonalizmy są koniecznym etapem życia każdego ze społeczeństw i to etapem, który pozwala stać się im społeczeństwem nowoczesnym. Czym jest więc naród? Zdaniem prof. J. Szackiego nie ma jednej definicji, która pasowałaby do wszystkich grup definiujących się tym terminem. Skłania to do sformułowanej przez liberała Johna Stuarta Milla opinii, iż "naród jest grupą, która raczej definiuje sama siebie niż jest definiowana przez innych". Wynika to z faktu, iż do powstania narodów przyczyniły się różne czynniki i warunki. Prawidłowości należałoby raczej badać w sferze świadomości narodowej, która jest uniwersalna dla większości grup. Zdaniem prof. J. Szackiego powszechna jest właśnie ŚWIADOMOŚĆ BYCIA NARODEM. Uważa on, że badaczy kwestii narodowej wiąże więc zasada wyrażona przez W. I. Thomasa, iż "sytuacje uważane przez ludzi za rzeczywiste, mają rzeczywiste konsekwencje". W opinii prof. J. Szackiego narody nie powstają, ale są tworzone. Nie ma jego zdaniem narodów bez ideologii i przywódców, ale przecież narody zawsze powstają z realnie istniejących substratów, na kanwie realnie istniejącej historii, od której nie sposób się oderwać. Zauważył, on że "w myśleniu potocznym jest zawarta trafna intuicja, że nie ma narodu bez jakiegoś historycznego dziedzictwa, które w ideologiach narodowych ulega wprawdzie z reguły zniekształceniu i monstrualnemu nierzadko wyolbrzymieniu, ale na ogół nie jest czystym wymysłem". Narody powstają bowiem z faktu podległości wspólnej władzy państwowej, należenia do grupy etnicznej, kulturowej, religijnej. Nacjonalizmy nie tworzą narodów. One je jedynie budzą i organizują. Prof. J. Szacki napisał wręcz, z pewna dozą trywialności, że naród to "śpiąca królewna, którą pocałunek nacjonalizmu budzi do życia, nie zaś coś, co jakakolwiek siła ludzka byłaby zdolna stworzyć z niczego". Zdaniem prof. A. Kłoskowskiej naród jest "wspólnotą kultury", która to więź "nosi charakter emocjonalny". Jej zdaniem koncepcja ta "wynika z bogatego materiału historiografii i antropologii kultury". Uważa ona, iż "przynależność narodowa bywa źródłem dumy i poczucia godności, dostarcza przeżyć wspólnoty w kontakcie z ludźmi dzielącymi ojczyznę. Jej zdaniem dane empiryczne każą wnioskować o żywotności i trwałości narodu jako więzi społecznej". Tożsamość narodowa składa się z dwóch czynników - identyfikacji i walencji narodowej. O ile identyfikacja narodowa, a więc deklaracja przynależności, nie manifestuje się codziennie to walencja narodowa trwale przysługuje jednostce. Polega ona na opanowaniu wielu dziedzin życia narodowego i związanego z tym poczucia swobody, zadomowienia, bliskości. Jej ważnym czynnikiem jest silny element więzi emocjonalnej. Zdaniem socjologa Ryszarda Radzika naród jest wspólnotą charakteryzująca się "maksymalnym zasięgiem społecznej więzi oraz jej maksymalnym - w stosunku do innych wspólnot makrostruktury społecznej - natężeniem". Również dla niego naród oparty jest na świadomości narodowej, która jest "samoświadomością, samodefinicją, samookreśleniem, jest świadomością istnienia odrębnych wartości, symboli grupowej jedności, narodowych świętości, które kultywuje się z chęci czy potrzeby bycia narodem". Zdaniem logika i filozofa - prof. Józefa M. Bocheńskiego naród jest "grupą ludzi, których łączy z jednej strony wspólna rasa psychiczna, wspólne cechy charakteru i obyczaj oparty na wspólnych przeżyciach i wspomnieniach historycznych". Jego zdaniem nie ma w Europie innej struktury społecznej, która by "łączyła ludzi pod względem większości wspólnych cech i łączyła silniej niż naród". Co ciekawsze definiuje on również naród poprzez wspólny cel, którym jego zdaniem jest "praca nad rozbudową, kultywowaniem, obroną i rozpowszechnianiem wspólnych wartości duchowych, owej specyficznej kultury narodowej, która naród określa". Konstatując powyższe rozważanie na temat narodu i zawartości tego pojęcia należy zgodzić się z poglądem prof. Henryka Samsonowicza, iż naród można definiować w różny sposób. Da się jednak wyodrębnić pewne elementy wspólne. Narody mają więc "wspólny język (z wyjątkami występującymi na wszystkich kontynentach), zawsze wspólny obyczaj prawny (ale nie wspólny folklor), wspólne terytorium (z nielicznymi wyjątkami), niekiedy wspólną wiarę, zawsze wspólną przeszłość". Nacjonalizm Współczesne doktryny polityczne mają najwięcej problemów z pojęciem "nacjonalizmu". O ile łatwo jest zaakceptować istnienie narodów jako realnej, ważnej w ludzkim życiu rzeczywistości, o tyle dobre mówienie o idei narodowej jest nadal niedobrze widziane. O nacjonalizmie wypada mówić źle, co spowodowało, że pojęcie to napełniono treścią, które nie ma nazbyt dużo wspólnego z rzeczywistością. W encyklopediach oraz rozważaniach na temat tego pojęcia możemy przeczytać, iż jest on ideologią, która stawia interesy własnego narodu ponad wszelkie inne wartości. Paradoksalnie według takiej definicji nacjonalistami nie byłaby zdecydowana większość polskich teoretyków tego kierunku. Ponieważ w polskiej idei narodowej za najważniejszą wartość i cel człowieka uznawano Boga, nacjonalistami nie byliby R. Dmowski, S. Piasecki, J.M. Bocheński, A. Doboszyński czy J. Giertych, a nacjonalistycznymi nie byłyby Stronnictwo Narodowe, Obóz Wielkiej Polski czy Obóz Narodowo Radykalny. Zastanawiające, ale prowadzi to do wniosku, iż w Polsce zwolennicy i przeciwnicy tej idei mówią o zupełnie innych rzeczach używając tego samego określenia. Wydaje mi się, że wiele osób wypowiada się o zjawisku, o którym nie ma najmniejszego pojęcia, albowiem nie starało się nawet go poznać, albo poznało jedynie fragmentarycznie. Jak już wspomniałem duża część współczesnych publicystów i historyków idei dostrzega w nacjonalizmie największe zagrożenie dla współczesnego "społeczeństwa otwartego". Przeglądając ich opinie na temat idei narodowej można więc zauważyć dość zabawną w formie i treści tendencję do demonizowania tej idei, obwiniając ją o wszelkie zło współczesnego świata. Co ciekawe krytyka ta bardzo często przybiera formę spiskowej teorii dziejów, a używane w niej argumenty nie odbiegają w intelektualnej konstrukcji od poglądów głoszonych przez różnej maści demaskatorów spisków "masońsko-żydowskich". Na szczęście dostrzec można również poglądy, iż nacjonalizm nie jest jedynie "czarnym charakterem dziejów najnowszych". Prof. Jerzy Szacki napisał, że nacjonalizm odgrywał i nadal odgrywa "pozytywną rolę, służąc budzeniu ludzkiej godności i zaspokajając potrzebę wspólnoty, której nie jest w stanie zaspokoić ani wzrost gospodarczy, ani demokracja, ani żadne inne - skądinąd wielkie - osiągnięcie nowoczesnego społeczeństwa". Co ciekawe nawet liberałowie dostrzegają, iż obwinianie nacjonalizmu o najbardziej nikczemne wynaturzenia tego świata jest ułomną konstrukcją intelektualną. Prof. Andrzej Walicki zwrócił uwagę, iż "egoizm grupowy, w szczególności egoizm państwowy, odmowa stosowania w polityce uniwersalnych standardów etycznych (...), ekspansjonizm i ksenofobia są przecież zjawiskami o wiele starszymi niż nacjonalizm, a więc nie mogą być jego wyróżnikiem". Bardzo ciekawe są również spostrzeżenia dotyczące różnic pomiędzy nacjonalizmem wschodu i zachodu Europy. Zdaniem Ryszarda Radzika Europa podzieliła się narodowo na dwie części, a linią podziału stała się w przybliżeniu Łaba i północne Włochy. Związane jest to z dualizmem w rozwoju gospodarczym naszego kontynentu, albowiem na zachód od tej linii zdecydowanie szybciej rozwinął się kapitalizm. Na zachodzie powstał więc typ narodu państwowo-politycznego, podczas gdy na wschodzie naród etniczno-językowy. Na zachodzie "twórcami" narodu był "stan trzeci", który z czasem przekształcił się w klasę średnią. Zdaniem R. Radzika skupiała się ona "na własnych, partykularnie rozumianych interesach - w znacznym stopniu pojmowanych w kategoriach dóbr materialnych". Tymczasem na wschodzie ogromne znaczenie w definiowaniu pojęcia narodu miała inteligencja, co przy prawie zupełnym braku klasy średniej, doprowadziło do sytuacji, iż w narodach tych znacznie silniej akcentuje się "wymiar ogólnospołeczny ponad interesem jednostki, ideę ponad dobrami materialnymi". W konsekwencji istniejące na wschodzie narody są znacznie silniejsze niż analogiczne wspólnoty na zachodzie, choć jednocześnie znacznie bardziej konfliktogenne. Jak wspomniałem na wstępie niniejszego rozdziału zapoznając się z współczesną literaturą na temat nacjonalizmu z łatwością zauważymy, iż obecnie wszyscy mają poważne problemy z tym pojęciem. Jak napisał za Manningiem Nashem - Jerzy Szacki "w nowoczesnym świecie (...) braku korzeni, wykorzenienia i alienacji, równoczesnego szukania sensu i związku z przeszłością, idea dająca się odkryć, ustalonej, pasującej do nas i trwałej tożsamości jest pełna psychicznych wygód i powabów. Jaźń ma wreszcie swój dom, swoją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wykraczające poza jej wątłe biologiczne siedlisko". Jak przyznają coraz częściej wrogowie nacjonalizmu idea miłości do własnego narodu, praca nad jego rozwojem są godne pochwały i pielęgnowania, jednakże w obawie przed wzbudzeniem demonów przeszłości lub z powodu zwykłych uprzedzeń lub fobii boją się zmienić swój werbalnie negatywny stosunek wobec idei narodowej. Rodzą się więc w ich głowach karkołomne, skazane na niepowodzenie próby skonstruowania opozycji w postaci dobrego patriotyzmu i złego nacjonalizmu. Tymczasem są to zupełnie inne pojęcia. Jak zwrócił uwagę A. Walicki słowo patriotyzm nie pozostaje w koniecznym związku z ideą narodu. Uważa on, że "patriotyzm jest pojęciem terytorialnym, mogącym abstrahować od narodowości". Można być polskim nacjonalistą, a jednocześnie być patriotą ukraińskim, czy litewskim. Przykładem może być nasz południowy sąsiad, w którym w przeszłości arystokracja czeska i niemiecka czuła się patriotami wspólnego kraju pod nazwą Bohemia. Tak pojmowany patriotyzm jest lojalnością w stosunku do określonego terytorium, podczas gdy nacjonalizm jest lojalnością w stosunku do grupy ludzi - wspólnoty narodowej. Pojęcia te zazwyczaj jednak występują obok siebie, wzajemnie się uzupełniając i najczęściej nie stanowią względem siebie żadnej opozycji. Zdecydowana większość obywateli państwa polskiego może być jednocześnie polskimi patriotami - lojalnymi wobec krainy - Polski i polskimi nacjonalistami - lojalnymi wobec narodu. Résumé Podsumowując zaprezentowane powyżej opinie wydaje się, że należy zwrócić uwagę, iż współczesny świat nie poradził sobie z pojęciem narodu i nacjonalizmu. Czyżby więc powoli przyznawał się do swojej bezsilności i dawał sygnały, iż gotowy jest wywiesić białe flagi? Czyżby narody i tkwiące w nich siły są znacznie silniejsze niż to się wydawało współczesnym? Wydaje mi się, że na swój sposób tak. Nie można przecież na dłuższą metę utrzymywać przy życiu absurdalnych, dotkniętych piętnem śmieszności poglądów. Świat co prawda dał się podzielić Popperowi i jego bezmyślnym epigonom i antagonistom na zwolenników i przeciwników "społeczeństwa otwartego", dał się zaprząc w banalny kierat dwubiegunowego podziału naszego globu, ale stanu takiego przez dłuższy czas utrzymywać nie sposób. Myślenie takie ma oczywiście w sobie pewną moc sugestywną, przyciąga magnetyczną siłą biegunów i rodzi lekkomyślne zaufanie swoją prostotą, ale jednocześnie jest gwałtownym pędem ćmy zmierzającej w płomienie swojej samozagłady. Bo czyż wzniesione przez Poppera mury wzajemnej niechęci nie spowodowały, iż po obydwu stronach powstał duszny, malaryczny świat, który warto oczyścić? Czyż pomiędzy dwoma magnetycznymi biegunami nie powiało złowieszczą, bezduszną i jałową intelektualnie pustką? Sama ludzka potrzeba poszukiwania czegoś nowego, redefiniowania świata powoduje, że ten dziwny podział podlega powolnej, lecz systematycznej erozji, iż bezkresne pustynie pokrywają się powoli dywanem kwiatów. Świat na szczęście nie może stać w miejscu i zatrzymywany, wcześniej czy później wyrwie się i pogna naprzód. A im dłużej był przetrzymywany tym niestety gwałtowniej i w większym nieładzie biegnie przed siebie. A cóż to oznacza dla nas, którzy wciągnięci zostaliśmy w ten absurdalny popperowski podział? Wydaje się, że zmusza nas to do spokojnej oceny poglądów głoszonych po naszej stronie pękającego muru. Wydaje się, że czas zweryfikować programy, które początkowo głoszono jedynie na złość przeciwnikom "z tamtej strony", a w które pewna część w końcu uwierzyła. Czasy deterministycznego - XIX-wiecznego, topornego swoim materializmem, egoistycznego nacjonalizmu dzielącego świat według absurdalnych kryteriów na lepszych i gorszych, swoich i obcych, żółtych i fioletowych skończyły się na zawsze. Czy narody powrócą na arenę dziejów, czy odzyskają swój blask i znaczenie zależy w dużej mierze od nas samych. Pozostaje pytanie, czy jesteśmy w stanie odrodzić idealistyczny, uniwersalny, nowoczesny nacjonalizm, który zapewni ekspansję i zdobycie serca narodów. Wydaje się, że warto spróbować. Miłość do tego wszystkiego co stanowi naszą istotę, naszą duszę przynagla nas. Pozostaje nam jedynie duc in altum - odważnie wypłynąć na głębię. Łukasz Moczydłowski Od redakcji: Cały artykuł opublikowany został w Phalanx nr 3/2002.
|