Polityczna poprawność, a prawda historyczna

10-07-2010  

rozmowa z profesorem Pawłem Piotrem Wieczorkiewiczem z Uniwersytetu Warszawskiego



Wydawało by się, iż Polska po roku 1989 stała się krajem wolnym i suwerennym, w którym obowiązują zasady wolności słowa. Jednak czy nie sądzi pan profesor iż w dalszym ciągu większość historyków boi się pisać o pewnych sprawach, a już na pewno wyciągać własne wnioski?

 

Wie Pan, jeśli to strach - to strach specyficzny. Jest niszcząca opinia opiniotwórczych mediów, jest opinia środowiska, są wreszcie pewne klisze i schematy które utrudniają swobodne myślenie i poprawne wnioskowanie. Są historycy, którzy np. nie dostrzegli cezury 1989 roku, jakby jej nie traktować. I w najszlachetniejszych intencjach będą przekonywać, że o czymś tam nie można wciąż mówić bo szkodzi to "naszej sprawie", "naszemu wizerunkowi" itd. Jak Boga kocham! Owszem, tego rodzaju rozumowanie było zasadne za PRL-u, gdy np. wszelka krytyka decyzji o wszczęciu w Warszawie powstania w roku 1944 stanowiła - jak wtedy mawiano - wodę na młyn oficjalnej propagandy, podobnie jakakolwiek, najbardziej nawet zasadna krytyka II RP. Teraz jednak trwanie w ówczesnych dobrze oszańcowanych okopach jest równym anachronizmem, jak wymachiwanie czerwonym sztandarem... A, że prawda rzekomo szkodzi, że nie powinno się o pewnych sprawach mówić publicznie, zwłaszcza w modelu edukacyjnym historii? Kłamstwo i przemilczenie nierównie bardziej, bo jeśli wyjdzie na jaw, odbiera wiarę w cały wyniesiony z nauk obraz.

A na marginesie. Jest początek lat osiemdziesiątych. Do "Białego Domu" na rozkaz Kazimierza Barcikowskiego, wówczas osobistości nr 2 w całym partyjno-państwowym układzie, zostaje wezwany redaktor naczelny "Literatury" Jerzy Putrament w towarzystwie swojego młodego zastępcy Jacka Syskiego. Barcikowski od progu zaczyna ryczeć, inkrustując swe pretensje do pisma tzw. mięsem. Syski przerażony spoziera na Putramenta, czy padnie na kolana, czy też zacznie szlochać, aby przebłagać gromowładnego aparatczyka i uratować redakcję od co najmniej rozpędzenia. Tymczasem gdy po 10 minutach oracji Barcikowski zaczerpnął tchu, Putrament wpadł mu w słowo... i sam zaczął ryczeć, oskarżając tzw. kierownictwo o wszelkie możliwe uchybienia i błędy. A że spędził kilka lat w ZSRS, jego "mat" nie był mniejszej urody niż przekleństwa Barcikowskiego. Gdy skończył po kilku minutach, gospodarz, jakby nic, rzeczowo przeszedł do jakichś spraw bieżących. Po wyjściu Syski z podziwem zwrócił się do szefa: Panie Jerzy, że nie bał się Pan tak wrzeszczeć na drugą osobę w państwie... Na to Putrament: Panie Jacku, w moim wieku (miał dobrze po siedemdziesiątce) boję się już tylko jednej rzeczy, że się publicznie sfajdam... Nie mam co prawda jeszcze 70 lat, ale anegdota ta dobrze zapadła mi w pamięć ...

 

 

Najnowsza pana książka zatytułowana "Historia Polityczna Polski 1935-1945" niewątpliwie wpisuje się w listę publikacji naukowych, które w jakiś sposób łamią granicę politycznej poprawności. Mam tu na myśli wiele historycznych "białych plam", których temat pan poruszył, a niekiedy i przedstawił własne zdanie. Jak owa praca została przyjęta wśród grona pańskich kolegów? Czy nie miały więcej miejsca ataki na pana osobę w stylu słynnego paszkwilu Ludwika Stommy na łamach "Polityki"?

 

Skoro Pan już o nim wspomniał... Ludwiczek, czy jak celnie zwano go w czasach zamierzchłej studenckiej przeszłości Luj, to osobistość kolorowa, którą należy traktować zawsze z niewygasłą pobłażliwością. Bo, w końcu w latach 60. można było kibicować hutniczemu "Ruchowi", górniczemu "Górnikowi" (Zabrze, podobno kiedyś w Bundesrepublik wystąpił pod szyldem FC Hindenburg), kolejarskiej "Polonii" (Bydgoszcz, oczywiście), czy nawet wojskowej, warszawskiej "Legii" (sam się do tego przyznaję), ale milicyjnej, krakowskiej "Wiśle", jak czynił to Luj, jeżdżąc w ślad za tymi wszystkimi pułkownikami i majorami MO i SB, którzy prowadzili jego ukochany klub, po całej Polsce ?!

Stomma był kiedyś etno-archeologiem i ktoś wmówił mu, że może stać się także i historykiem. Skutki są odczuwalne przez jego czytelników. A w sprawie donosu jaki na mnie napisał... Cóż - miałem go kiedyś, przy wszystkich dziwactwach, za człowieka inteligentnego (być może niesłusznie, za co gorąco przepraszam). Jeśli nadal nim jeszcze jest, to znaczy, że przedmiotu donosu - pamiętników Leona Degrelle'a nie przeczytał i dał się komuś napuścić...

<< pierwsza < Poprzednia 1 2 3 4 Następna > ostatnia >>









<- wróć do: Artykuły

Spodobał Ci się ten artykuł?

Wesprzyj nasz portal oraz magazyn „Templum Novum”!

Dzięki Tobie bedziemy mogli rozszerzyć naszą działalność!


Numer konta naszego funduszu wydawniczego: Bank PEKO SA 72 1240 1141 1111 0000 1687 4819

W polu „tytułem” prosimy wpisywać: „Fundusz Wydawniczy TN”

(c) Magazyn Phalanx i Templum Novum, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji