Dostać się z Polski na Bałkany wcale nie jest trudno. W lecie, w każdy piątek o 20:00 odjeżdża z Krakowa autobus do Budapesztu. Następnego dnia rano z Budapesztu odjeżdża z kolei, co najmniej kilka autobusów w kierunku Belgradu. Wystarczy wsiąść i jechać. Zatem wsiedliśmy i pojechaliśmy. Startując w piątek o 16. 00 z Warszawy w serbskiej stolicy byliśmy następnego dnia o 15.20. Niecałe 24 godziny podróży i stanęliśmy w wrót Bałkanów, tego egzotycznego świata, który zwraca na siebie uwagę innych tylko wtedy, gdy ma kłopoty. Przed nami ambitny cel: odwiedzić Kosowo. Informator konsularny odradza takich podróży. Wojna, terroryzm, zagrożenie zdrowia i życia, niestabilna sytuacja, konflikt etniczny… – czytamy. Zachęceni lekturą wiemy, że nasza decyzja jest słuszna: jedziemy do Kosowa! Belgrad to pierwszy przystanek. Przystanek, nie cel. Kilkugodzinny spacer po mieście uświadamia, że jest ono bardziej europejskie niż przypuszczałem. Jedynie mocno zorientalizowana muzyka pop przypominała, że zbliżamy się ku Bałkanom. Oglądamy centrum Belgradu, cerkiew św. Sawy (największa prawosławna na świecie! ) , skromny kościół katolicki, parlament, deptaki, uliczne mury pokryte patriotycznymi hasłami, ruiny budynków zbombardowanych przez NATO w 1999… Kupujemy serbską muzykę patriotyczną. Jest w czym wybierać. Tu patriotyzm w kulturze popularnej jest normą. To jest Serbia… Miasto żyje swoim rytmem. Gdy zapada wieczór, zaczyna się czas na zabawę i spotkania, najlepiej na belgradzkiej Skadarliji. Kawiarnie zapełniają młodzi ludzie a my wracamy pośpiesznie na dworzec autobusowy. O 22:00 czeka już na nas autobus do miasteczka Dragasz. Jest to najodleglejszy punkt Kosowa, do jakiego dojechać można zorganizowanym transportem publicznym. Miasteczko jest centralnym ośrodkiem regionu o nazwie Gora, który to region jest z kolei najbardziej niedostępnym regionem Kosowa, w samym jego południowo-zachodnim narożniku. Wciśnięty pomiędzy Albanię i Macedonię cypel jest fenomenem etniczno-religijnym, bowiem jego mieszkańcy Goranie to… Serbowie-muzułmanie. Wierni wyznawcy Allaha począwszy od XVI wieku, ale także wierni synowie Serbii. Od zawsze i po dziś dzień. Ta wyjątkowa wspólnota liczy sobie do 50 tysięcy członków. Mija 22:00, autobus rusza w drogę. Z głośników zaczyna dobiegać serbski pop z charakterystycznym, silnym orientalnym pazurem. Jedziemy. Przed nami kilkaset km i 9 godzin nocnej jazdy, na którą najlepszym sposobem dla zmęczonego podróżnika jest po prostu sen. Jest już mocno po północy, gdy naszym oczom ukazuje się granica, która od 1999 r. dzieli Serbię od Kosowa. – Tam kiedyś była Serbia – mówi szeptem z nutką nostalgii młody Goran, który jedzie razem z nami. Gdy odpowiadam, że wkrótce znów Kosowo będzie serbskie, prosi abym przyciszył głos; wszyscy siedzący przed nami pasażerowie to Albańczycy, lepiej aby tego nie słyszeli. Przejeżdżamy przez serbski punkt kontrolny i wąski pas ziemi niczyjej, po czym sprawdza nas Kosovo Police. Budzimy ich zainteresowanie, bo jesteśmy jedynymi pasażerami nie posiadającymi serbskiego lub albańskiego paszportu. Każą nam wyjść z autobusu, sprawdzają dokładnie dokumenty, pytają o cel podróży i wystawiają specjalną kartę, którą mamy zwrócić opuszczając Kosowo. Kilka wspólnych zdjęć i bajka o naszej fascynacji Albanią rozluźniają atmosferę. Jedziemy dalej. Wokół panuje ciemna noc, więc poza tym ze to Kosowo, nie wiem właściwie gdzie jesteśmy. Już w autobusie pokazuję Goranowi mój wisiorek z serbskim orłem. Robi wielkie oczy. – Schowaj to! Albańczycy za coś takiego potrafią tu zabić człowieka! - ostrzega. Potem dużo opowiada o ojczystej Gorze. – Niemcy to ignoranci. Przyjechało raz kilku takich i nie mogli pojąć, dlaczego my, Goranie jesteśmy za Serbią a nie Albanią, skoro jesteśmy muzułmanami – wspomina. Opowiada o Gorze, pięknych rodaczkach, rodzimej kuchni. Mijają godziny i znów dopada nas sen. Wczesnym rankiem budzi mnie jednak ruch autobusu. Pojazd zwija się i rozwija, krąży i podskakuje. Otwieram oczy a przede mną wielkie i majestatyczne góry pokryte zielonym lasem. Jesteśmy w Gorze, Dragasz już blisko. Około 6 rano dojeżdżamy do miasteczka. Trzech Polaków z wielkimi turystycznymi plecakami w środku zapadłej dziury na krańcu Kosowa. Dotarliśmy do celu! Znajomy Goran szybko zapoznaje nas z miejscowym policjantem, także Goranem. Nazywa się Dragan . Chce nam pomóc, prowadzi na pożywne śniadanie do pobliskiej knajpki. Miejscowe specjały pobudzają ciało i umysł, więc Marek ustala z Osmanem zasady dalszej współpracy. Osman przenocuje nas u siebie i obwiezie swoim autem po całej Gorze za drobną opłatą w euro. Lepiej trafić nie mogliśmy! Dom naszego gospodarza nie jest wielki. Dwa piętra, mały ogród. Tuż obok niewielki meczet z wysokim minaretem. – Nie chodzę tam, modlę się w domu. Poza tym pijam piwo – mówi. Wsiadamy do jego starego vw Dragana i ruszamy w drogę. Chcemy poznać ten niezwykle egzotyczny region. Fatalne, wąskie drogi wiją się stokami wielkich gór, poniżej nich wąskie a głębokie doliny. Wspaniały widok. Raz po raz spotykamy czezmy – swoiste źródełka – ołtarzyki, z imiennymi dedykacjami. W ten praktyczny sposób Serbowie czczą pamięć swoich bliskich. Co jakiś czas przejeżdżamy przez zapełnione tłumem wąziutkie uliczki kolejnych gorańskich wiosek. Kobiety okryte są chustami ale fotografujemy je rzadko gdyż miejscowi nie za bardzo to lubią. Na każdym rogu kawiarnie i knajpy. Wszędzie bazary. Mury pokrywa często islamistyczna propaganda autorstwa bośniackich fundamentalistów z SDA. – To religijni fanatycy z Bośni, nie mają w Gorze żadnego poparcia. My głosujemy na naszą GIG [Obywatelska Inicjatywa Gora] – wyjaśnia Dragan. Jest tajemnicą poliszynela, że bośniaccy nacjonaliści usiłują włączyć Goranów, tak jak wszystkich innych serbskojęzycznych muzułmanów byłej Jugosławii, w obręb tworzącego się narodu bośniackiego. Na razie idzie im to opornie. Gora jest islamska, ale serbska. Niektórzy mówią, że bardziej serbska niż centralna Serbia. Kilkugodzinny rajd kończymy toastem wzniesionym borownicą, przepysznym napojem z owoców czarnej jagody, skądinąd, w południowej Małopolsce nazywanej borówką. Osman zaprasza nas następnie na krótką wycieczkę po Szar Planinie, gdzie najwyższy szczyt ma ponad 2700 metrów. Chce nam pokazać piękny kanion i góry wciśnięte w wąski pas terytorium pomiędzy Albanią i Macedonią. Fascynujące swym pięknem góry i cudowne widoki sprawiają, że krótki spacer przeradza sie w wielogodzinna wędrówkę. Pokononujemy ponad 10 km malowniczych i dzikich gór, sięgamy wysokości ok. 1900 metrów, z rzadka tylko spotykając ludzi. Pijemy wodę z krystalicznie czystych źródełek i smakujemy dzikich jagód. Ukoronowaniem marszruty jest seria zdjęć z polską flagą na szczycie kosowskich wierchów. – Živjela Srbija, Velika Srbija – wyrywa się z ust Draganowi. Gdy schodzimy z gór jest już późne popołudnie, ale to jeszcze nie koniec dnia. U stóp majestatycznych skał najzwyczajniej w świecie toczy się codzienne życie Goranów. W ekskluzywnej restauracji na totalnym odludziu można zjeść wspaniały obiad, trzy razy droższy niż gdzie indziej i poczytać menu po albańsku. Nie robimy tego, Dragan nie lubi tego miejsca. Tam jedzą tylko szpanerzy. My jemy smaczny obiad w skromnej, gorańskiej knajpce na wolnym powietrzu. Tradycyjnie mięso, pieczywo, szopska sałata i jedziemy dalej. Wracając przejeżdżamy przez Brod – jedną z największych gorańskich wsi. Nawet tu jest internet i nawet tu znajdzie się ktoś, kto zna język polski – Skąd jesteście? Pamiętam pl. Bankowy… – Zagaduje nas po polsku właściciel lokalnej knajpki. Studiował przed laty w Warszawie. Jest już późna noc i pora wracać do Dragaszu. Nasze auto wije się wąskimi drogami, wokół tylko ciemna noc i narkotyczna gorańska muzyka dobiegająca z samochodowego magnetofonu. O tej porze nikt nie chodzi do wiosek pieszo. – W okolicy pełno wilków – mówi Dragan. Cieszy się, że spodobało nam się w Gorze. Ofiaruje sporą porcję płyt z muzyką i filmami o regionie. Po takim dniu potrzeba nam już tylko jednego – snu. O przyjrzeniu się porannej modlitwie Gorańców nie ma nawet mowy. Budzi mnie następny dzień. Dżamija czyli meczet niestety jest zamknięta więc oglądamy ją tylko z zewnątrz, po czym wsiadamy w autobus do Graczanicy. To następny punkt na naszej mapie. Burek z mięsem na drogę i jedziemy. Po drodze mamy Prizren – jedno z największych kosowskich miast. Na tle małego prowincjonalnego Dragaszu wygląda niczym oaza bogactwa i cywilizacji. Wszechobecne albańskie napisy i flagi uświadamiają liczebność albańskiego żywiołu etnicznego w Kosowie. Tak wygląda teraz każde duże miasto Kosowa. Po kilku godzinach jazdy jesteśmy jednak w, ciągle serbskiej Graczanicy. 15–tysięczna enklawa nieopodal Prisztiny wygląda prowincjonalnie, ale jest to bardzo ważny punkt na mapie serbskiego Kosowa. Tu znajduje się jeden z najstarszych zabytków serbskiej sztuki sakralnej: monastyr z 1310 roku. Graczanica to Serbia w miniaturze. Nawet poczta jest tu serbska a nie kosowska. Ale co będzie dalej, jeśli Albanczycy ogłosza niepodleglość Kosowa? Dla nielicznych już, małych serbskich enklaw będzie to oznaczało kulturową i etniczną zagładę. Kompleks klasztorny otacza kamienny mur zakończony zwojami z drutu kolczastego oraz betonowe zapory. Za murami żyje jednak wciąż stary świat. W średniowiecznej świątyni każdy metr murów pokrywają bezcenne freski opisujące dzieje chrześcijaństwa i serbskiego narodu. Ciche mniszki w czarnych strojach sprzedają reprodukcje pięknych, średniowiecznych ikon. W tym miejscu czuć ducha dziejów i nie sposób nie schylić karku. Samo miasteczko to typowa prowincjonalna mieścina. W centrum jednak mamy widok niesamowity jak na Kosowo: maszt, a na nim serbska flaga. Jedyna jaka widziałem w całym Kosowie! Jemy obiad i dalej w drogę, na Gazimestan – wzgórze na Kosowym Polu. Tu, od kilkudziesięciu lat stoi majestatyczny pomnik upamiętniający bitwę na Kosowym Polu. Dziś otacza go szczelnie siatka z drutu kolczastego, zapory i słowacki oddział KFOR. Albańczycy walczyli w bitwie z 1389 r. po stronie Serbów, ale dzisiaj zniszczyliby pomnik równie chętnie, jak każdą inną pamiątkę po Serbach. Pomnik ma postać kamiennej wieży z tarasem na samym szczycie, z którego rozpościera się widok na całą równinę, będącą miejscem legendarnej bitwy, a z jej planem można zapoznać się właśnie na tarasie. Być w tym miejscu to doprawdy niezwykłe i niezapomniane przeżycie. Tym bardziej, że w bitwie brali też udział bezimienni po dziś dzień rycerze Królestwa Polskiego. Nieopodal Gazimestanu znajduje się Muratovo Turbe – mauzoleum z ciałem sułtana Murata. Tego, który w noc przed bitwą zginął we śnie z rąk legendarnego Miłosza Obilicia. Od jego nazwiska wzięła nazwę wieś, gdzie dziś spoczywa Murat I. Prisztina jest dziś czysto albańskim miastem. Stolica Kosowa to prawdziwa europejska metropolia. Gdyby nie wszechobecne wojsko i policja oraz tu i ówdzie szczątki wypalonych serbskich domostw, można by zapomnieć o wojnie sprzed kilku lat i wciąż gorejącym konflikcie etnicznym. Ibrahim Rugova jest dla Kosowarów tym kim Dmowski i Piłsudski dla Polaków, dlatego obecność jego nazwiska i mitu jest tu powszechna. Ulice, pomniki, restauracje imienia Rugovy.W mieście mieszka dziś około 300 tys. Albańczyków oraz… 200 Serbów. Jeszcze w 1999 r. było ich 21 tysięcy, gdy Albańczyków około połowy dzisiejszego stanu. Młode pokolenie Albańczyków nie zna serbskiego i nie odróżnia go od innych słowiańskich języków. Zapewne dlatego właśnie przewodniki odradzają głośnego posługiwania się nimi w tym mieście i również zapewne z tego powodu przy każdej niemal okazji jesteśmy pytani o kraj pochodzenia. Sprawdzają nas czy nie jesteśmy Serbami – samobójcami… . Ale coś się jednak zmienia. Dragan wspominał przecież, że zwykłym Albańczykom euforia minęła i serbskim można próbować się posługiwać. Rzeczywiście, to co przed paru laty było nie do pomyślenia, teraz jest możliwe: jeśli tylko rozmówcy znają ten język, po serbsku zamawiamy taksówki, obiad w restauracji albo czewapy i burki w barze, serbskim posługujemy się robiąc zakupy. W centrum Prisztiny stoi olbrzymia prawosławna cerkiew. Nie zdążyliśmy sprawdzić czy była czynna. Zwraca uwagę masa zachodnich samochodów i wszechobecne warsztaty napraw. W labiryncie uliczek odnajdujemy nasz hotel. Trzeba przyznać ze to najbardziej cywilizowane miejsce w jakim mieliśmy możliwość noclegu. Zwiedzamy miasto taksówką i pieszo. Dostrzegamy wiele starych meczetów pamiętających czasy tureckiej okupacji. Powstają też ciągle nowe. To ciekawe, bo Albańczycy nie są przecież zbyt religijni. Jeżeli nie religijny motyw, to widocznie polityczny… Po nocy w hotelu udajemy się na dworzec autobusowy. Nie jest źle, mają przechowalnię bagaży i wszystko wygląda dosyć schludnie. Po dłuższej chwili ruszamy więc do Peciu – siedziby serbskiego patriarchy prawosławnego. Trzygodzinna podróż na zachód to dobra okazja na poznanie kosowskich krajobrazów. Ich integralną częścią są pomniki Armii Wyzwolenia Kosowa stawiane tuż przy drodze właściwie w każdej wiosce. Wszędzie czerwone flagi z czarnym, dwugłowym orłem. Nacjonalizm triumfuje. Przejeżdżamy przez Drenicę – rzadko zaludniony, lesisty płaskowyż w centralnej części Kosowa, gdzie na dobrę rozpoczęła się albańska rebelia przed dziewięciu laty. Krótki spacer po Peciu to za mało, aby obejrzeć którykolwiek z miejscowych zabytków jak XV–wieczny turecki meczetem Bajrakli. Naszym celem jest Pećka Patriaršija, a ta znajduje się kilka kilometrów za miastem. Gdy nasza taksówka zbliża się do wojskowych zapór chroniących dostępu do niej, pozwalam sobie oddać kilka strzałów z aparatu fotograficznego w stronę obsadzających je włoskich żołnierzy. To błąd, nie podoba im się to. Gdy zatrzymujemy samochód każą nam się wylegitymować i skasować zrobione zdjęcia. Sytuację ratuje fakt, że obydwa nasze aparaty to analogi, a nie cyfrówki. – To bardzo niebezpieczne miejsce, nie możecie robić tu zdjęć – wyjaśnia dowódca posterunku. Nie wiedziałem, że Włosi to tacy formaliści. Zatrzymują nasze paszporty na czas odwiedzin w patriarchacie. Między zewnętrzną bramą, a właściwym ścisłym zespołem klasztornym jest jeszcze długa, malownicza droga, wzdłuż strumienia. Wystarczy unieść głowę by ujrzeć wspaniałe, strome i wysokie góry okalające patriarchat. Monastyr Pećka Patrijaršija składa się z kilkunastu obiektów, z których najstarszy pochodzi z XIII wieku. Peć to serbska Częstochowa. Są tu aż cztery cerkwie stanowiące jeden kompleks budowli. Od końca XIII wieku znajdowała się tu siedziba arcybiskupa serbskiego, a następnie patriarchatu. To tu w 1690 roku zapadła decyzja o pierwszym wielkim eksodusie Serbów do Wojwodiny, poza zasięg tureckiego jarzma. Opuszczamy klasztor, Włosi oddają nam paszporty a my wracamy do Prisztiny. Teraz tylko szybki obiad na dworcu i już jesteśmy w autobusie do Skopje. Przed nami kolejnych kilka godzin podróży w upale, który rekompensują cudowne widoki za oknami. Znów wielkie góry pokryte zielonym lasem, pod nimi szerokie kotliny, masa mostów i tuneli. Przekraczamy granicę bez problemów. Dworzec w Skopje jest bardzo nowoczesny i ładny, ale stolica Macedonii wygląda troszkę sennie. Z trudem odnajdujemy nasz hotel położony w starej, albańskiej części miasta. Nad wjazdem do niej powiewa brudna, albańska flaga. Dzielnica wygląda dość uroczo. Pełno tu wąskich, starych uliczek i knajp. Podobno nie jest tu jednak zbyt bezpiecznie. Rankiem pijemy kawę po turecku i ruszamy w miasto. Obok hotelu mamy meczet, więc śniadanie jemy przy akompaniamencie zawodzącego muezzina. Kilka ulic dalej piękny pomnik Skanderbega – albańskiego bohatera walczącego przeciw Turkom w XV w. Albańczycy czują się tu jak u siebie w domu. To co z pewnością warto obejrzeć w Skopjie to cerkiew św. Dmitrija – poprzednia siedziba Macedońskiej Cerkwii Prawosławnej, a zwłaszcza cerkiew św. Spasa [Zbawiciela] ze wspaniałym ikonostasem oraz położony na przyległym dziedzińcu grobowiec i, w sąsiedztwie muzeum Goce Delczewa – przywódcy legendarnej VMRO i ojca macedońskiego nacjonalizmu. Nad miastem góruje stara, turecka twierdza – Kale, z której rozpościera się widok na całe Skopje. Po drugiej stronie Wardaru mamy czyste i eleganckie centrum, w którym co rusz spotykamy ludzi znających język polski. Z sennej stolicy wyruszamy jednak dalej: nad Jezioro Ochrydzkie, tam gdzie na przełomie III i IV wieku zaczęło się chrześcijaństwo w Macedonii a św. Klemens Ochrydzki w IX wieku stworzył cyrylicę. Jezioro jest naprawdę fantastyczne, wielkie i mistyczne. Na jego brzegach znajduje się kilka cerkwi i klasztorów bezcennych dla chrześcijaństwa. Miasto Ochryda żyje głównie z turystów. Nic dziwnego, bo jest bardzo malownicze i zadbane. Nad brzegiem jeziora znajduje się ogromny deptak z masą restauracji. Stare miasto również jest bardzo piękne. Oczywiście także tu spotykamy Polaków. Nad brzegiem tego samego jeziora, ale 26 km na południe, znajduje się miejscowość Sveti Naum z monastyrem z X w. założonym osobiście przez samego św. Nauma. Z kamiennego dziedzińca rozciąga się fantastyczny widok na jezioro, który na długo pozostanie w mojej pamięci. Kilka km dalej zaczyna się jednak zupełnie inny świat. Godzina pieszego marszu i jesteśmy na macedońsko-albańskiej granicy. Wita nas napis Republika e Shqipërisë, podziurawiony jak sito od karabinowych pocisków. Jesteśmy w Albanii… Przez Pogradec i Tiranę chcemy pojechać do Szkodry. Im głębiej w Albanię tym więcej brudu, upału, śmieci i skał. Krajobraz trochę marsjański, a z pewnością przygnębiający. Meczetów prawie nie dostrzegam, nie ma ich tyle co w Kosowie. Przez 4 godziny jedziemy busem po krętych drogach wiodących przez albańskie góry i w końcu docieramy do Tirany. Od początku nie podoba mi się tu. Miasto wygląda dość przytłaczająco. Wszędzie pył, skwar i odrapane budynki. Do tego problemy komunikacyjne skutecznie zniechęcają nas do spaceru po stolicy. Oni nie znają angielskiego ani serbskiego, my albańskiego lub niemieckiego. Plac Skanderbega oglądamy więc tylko przelotem, by jak najszybciej dotrzeć na dworzec autobusowy i opuścić to miasto. Niestety dworzec jest jeszcze bardziej dołujący niż albańska prowincja. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć! – Kambodża w Europie – podsumowuje Mariusz. Szybko ładujemy się w autobus do Szkodry i w potwornym upale ponad 40 stopni ruszamy na północ. Niestety legendarne miasto Szkodra (czyli serbski Skadar) – mimo swoich niewątpliwych historycznych atrakcji – też nie odbiega od Tirany swoim ponurym pejzażem. Widok gigantycznego betonowego pomnika komunistycznych partyzantów wgniata mnie w ziemię… Decyzja jest prosta: skoro pieniążków mamy coraz mniej, Szkodra niezbyt nam się podoba, a Czarnogóra jest tuż obok – spadamy stąd jak najszybciej! Znajdujemy taksiarza, który za 3000 leków (<100 zł) zawiezie nas do Crnej Gory a konkretnie do Ulcinja, najbliższego kurortu po słowiańskiej stronie granicy. Po przekroczeniu czarnogórskiego kordonu widać i czuć gdzie zaczyna i kończy się Europa. Więcej zieleni, znacznie mniej śmieci, miła dla ucha słowiańska mowa... Po kilku godzinach jazdy jesteśmy już w Ulcinju. Przedarcie się na wybrzeże zajmuje dobrych kilkanaście minut bowiem miasto oblegają turyści. Na skalnych półkach białe domy i hotele, morze ludzi, dwie plaże przecięte skalnym urwiskiem, stara twierdza nad samym brzegiem Adriatyku. Po tylu dniach podróży zasłużyliśmy na tę chwilę odpoczynku. Czas wypełniamy plażowaniem i rajdem do przepięknego Kotoru. Rzut oka na fenomenalną Bokę Kotorską i już wiem, że muszę tu wrócić. Błękitne morze, palmy, wysokie góry, przystępne ceny, świetna muzyka. Czy trzeba czegoś więcej? Ze smutkiem opuszczamy to piękne miejsce. Tym bardziej że całą najbliższą noc spędzimy w pociągu do Belgradu. Okazuje się, że 10 godzin snu w kuszetce to za mało aby odpocząć po tak intensywnej wyprawie. Belgrad smakuje już inaczej. Jesteśmy po prostu zmęczeni, a ponadto dokucza 41–stopniowy upał, przed którym ratują nas belgradzkie czezmy. Czas wracać do Polski. Zwiedzam miasto bez przekonania. Nad ujściem Sawy do Dunaju zwiedzamy turecką twierdzę Kalemegdan; dalej – główny deptak z dobrze zaopatrzonymi księgarniami, zaś przy głównym dworcu kolejowym natrafiamy na kiosk z czetnickimi gadżetami, więc kupuję bez chwili namysłu kultową czarną flagę z hasłem Sloboda Ili Smrt. Sprzedawca jest pozytywnie zaskoczony naszym zainteresowaniem. Robimy kilka wspólnych zdjęć w klimacie polsko-serbskiego braterstwa. Jeszcze ostatnie zakupy i czas udać się na autostanicę Beograd skąd busem dotrzemy do Budapesztu i Krakowa… Do zobaczenia Serbio…
|