Najnowsze:

Dmowski w krzywym zwierciadle Grzegorza Krzywca
12-02-2012
Kat: recenzje książek, Templum Novum
TN 11/12
29-12-2011
Kat: Templum Novum
Co dalej z „postpolitycznym” nacjonalizmem?
17-09-2010
Kat: Templum Novum
"Na pohybel smerfom"
10-07-2010
Kat: Templum Novum
Polityczna poprawność, a prawda historyczna
10-07-2010
Kat: Templum Novum
Przez pryzmat Birmy
10-07-2010
Kat: Templum Novum
«Sloboda ili Smrt» jest ich hasłem

Autor: Dawid Zadura

06-11-2007  

Gdzieś na samym krańcu południowej Słowiańszczyzny znajduje się legendarna kraina, która dziś –podobnie jak siedem wieków temu – jest walczącym bastionem chrześcijańskiej Europy. To Kosowo. Zjednoczone czety Templum Novum – Phalanx.pl pod wodzą Marka Skawińskiego w sierpniu 2007 r. wyruszyły do tej legendarne, serbskiej krainy, aby na własne oczy zobaczyć to niezwykłe miejsce…



Dostać się z Polski na Bałkany wcale nie jest trudno. W lecie, w każdy piątek o 20:00 odjeżdża z Krakowa autobus do Budapesztu. Następnego dnia rano z Budapesztu odjeżdża z kolei, co najmniej kilka autobusów w kierunku Belgradu. Wystarczy wsiąść i jechać. Zatem wsiedliśmy i pojechaliśmy. Startując w piątek o 16. 00 z Warszawy w serbskiej stolicy byliśmy następnego dnia o 15.20. Niecałe 24 godziny podróży i stanęliśmy w wrót Bałkanów, tego egzotycznego świata, który zwraca na siebie uwagę innych tylko wtedy, gdy ma kłopoty. Przed nami ambitny cel: odwiedzić Kosowo. Informator konsularny odradza takich podróży. Wojna, terroryzm, zagrożenie zdrowia i życia, niestabilna sytuacja, konflikt etniczny… – czytamy. Zachęceni lekturą wiemy, że nasza decyzja jest słuszna: jedziemy do Kosowa!

Belgrad to pierwszy przystanek. Przystanek, nie cel. Kilkugodzinny spacer po mieście uświadamia, że jest ono bardziej europejskie niż przypuszczałem. Jedynie mocno zorientalizowana muzyka pop przypominała, że zbliżamy się ku Bałkanom. Oglądamy centrum Belgradu, cerkiew św. Sawy (największa prawosławna na świecie! ) , skromny kościół katolicki, parlament, deptaki, uliczne mury pokryte patriotycznymi hasłami, ruiny budynków zbombardowanych przez NATO w 1999… Kupujemy serbską muzykę patriotyczną. Jest w czym wybierać. Tu patriotyzm w kulturze popularnej jest normą. To jest Serbia… Miasto żyje swoim rytmem. Gdy zapada wieczór, zaczyna się czas na zabawę i spotkania, najlepiej na belgradzkiej Skadarliji. Kawiarnie zapełniają młodzi ludzie a my wracamy pośpiesznie na dworzec autobusowy. O 22:00 czeka już na nas autobus do miasteczka Dragasz. Jest to najodleglejszy punkt Kosowa, do jakiego dojechać można zorganizowanym transportem publicznym. Miasteczko jest centralnym ośrodkiem regionu o nazwie Gora, który to region jest z kolei najbardziej niedostępnym regionem Kosowa, w samym jego południowo-zachodnim narożniku. Wciśnięty pomiędzy Albanię i Macedonię cypel jest fenomenem etniczno-religijnym, bowiem jego mieszkańcy Goranie to… Serbowie-muzułmanie. Wierni wyznawcy Allaha począwszy od XVI wieku, ale także wierni synowie Serbii. Od zawsze i po dziś dzień. Ta wyjątkowa wspólnota liczy sobie do 50 tysięcy członków. Mija 22:00, autobus rusza w drogę. Z głośników zaczyna dobiegać serbski pop z charakterystycznym, silnym orientalnym pazurem. Jedziemy. Przed nami kilkaset km i 9 godzin nocnej jazdy, na którą najlepszym sposobem dla zmęczonego podróżnika jest po prostu sen. Jest już mocno po północy, gdy naszym oczom ukazuje się granica, która od 1999 r. dzieli Serbię od Kosowa. – Tam kiedyś była Serbia – mówi szeptem z nutką nostalgii młody Goran, który jedzie razem z nami. Gdy odpowiadam, że wkrótce znów Kosowo będzie serbskie, prosi abym przyciszył głos; wszyscy siedzący przed nami pasażerowie to Albańczycy, lepiej aby tego nie słyszeli. Przejeżdżamy przez serbski punkt kontrolny i wąski pas ziemi niczyjej, po czym sprawdza nas Kosovo Police. Budzimy ich zainteresowanie, bo jesteśmy jedynymi pasażerami nie posiadającymi serbskiego lub albańskiego paszportu. Każą nam wyjść z autobusu, sprawdzają dokładnie dokumenty, pytają o cel podróży i wystawiają specjalną kartę, którą mamy zwrócić opuszczając Kosowo. Kilka wspólnych zdjęć i bajka o naszej fascynacji Albanią rozluźniają atmosferę. Jedziemy dalej. Wokół panuje ciemna noc, więc poza tym ze to Kosowo, nie wiem właściwie gdzie jesteśmy. Już w autobusie pokazuję Goranowi mój wisiorek z serbskim orłem. Robi wielkie oczy. – Schowaj to! Albańczycy za coś takiego potrafią tu zabić człowieka! - ostrzega. Potem dużo opowiada o ojczystej Gorze. – Niemcy to ignoranci. Przyjechało raz kilku takich i nie mogli pojąć, dlaczego my, Goranie jesteśmy za Serbią a nie Albanią, skoro jesteśmy muzułmanami – wspomina. Opowiada o Gorze, pięknych rodaczkach, rodzimej kuchni. Mijają godziny i znów dopada nas sen. Wczesnym rankiem budzi mnie jednak ruch autobusu. Pojazd zwija się i rozwija, krąży i podskakuje. Otwieram oczy a przede mną wielkie i majestatyczne góry pokryte zielonym lasem. Jesteśmy w Gorze, Dragasz już blisko. Około 6 rano dojeżdżamy do miasteczka. Trzech Polaków z wielkimi turystycznymi plecakami w środku zapadłej dziury na krańcu Kosowa. Dotarliśmy do celu! Znajomy Goran szybko zapoznaje nas z miejscowym policjantem, także Goranem. Nazywa się Dragan . Chce nam pomóc, prowadzi na pożywne śniadanie do pobliskiej knajpki. Miejscowe specjały pobudzają ciało i umysł, więc Marek ustala z Osmanem zasady dalszej współpracy. Osman przenocuje nas u siebie i obwiezie swoim autem po całej Gorze za drobną opłatą w euro. Lepiej trafić nie mogliśmy!

<< pierwsza < Poprzednia 1 2 3 4 5 Następna > ostatnia >>










<- wróć do: Artykuły

Spodobał Ci się ten artykuł?

Wesprzyj nasz portal oraz magazyn „Templum Novum”!

Dzięki Tobie bedziemy mogli rozszerzyć naszą działalność!


Numer konta naszego funduszu wydawniczego: Bank PEKO SA 72 1240 1141 1111 0000 1687 4819

W polu „tytułem” prosimy wpisywać: „Fundusz Wydawniczy TN”

(c) Magazyn Phalanx i Templum Novum, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji