TN 11/12

29-12-2011  

Intelektualna atrofia w ostatnich dwudziestu latach, po „reglamentowanej rewolucji” w Polsce, była jednym z decydujących czynników zmarginalizowania ludzi i środowisk odwołujących się, najczęściej intuicyjnie, do myśli oraz wskazań geopolitycznych ruchu narodowego. Po instytucjonalnym końcu komunizmu w Polsce, polityczny ostracyzm po roku 1989 przenikających się nawzajem post-peerelowskich i post-solidarnościowych elit władzy wobec spontanicznego odradzania się „historycznego”, lecz już wtedy mocno „anachronicznego” ruchu narodowego przybierał charakter nieskrywanej fobii prowadzącej na co dzień do dyskryminacji sympatyków nacjonalizmu w życiu publicznym. Ten „seans nienawiści” z niesłabnącą siłą trwa do dzisiaj.



Ale czy mogło stać się inaczej? Czy ten stan regresu naszej refleksji politycznej zawdzięczamy tylko i wyłącznie nie zrozumieniu dynamiki „pozimnowojennych” przesileń geopolitycznych wokół nas na kontynencie europejskim oraz w bliższym i dalszym sąsiedztwie? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie może być jednoznaczna, skoro na ten stan składa się splot wielu czynników, na które mieliśmy wpływ dość znikomy. Przecież przez kilkadziesiąt lat funkcjonowaliśmy jako ruch polityczny w „diasporze” (kraj i emigracja), lepiej lub gorzej komunikując się nawet w obrębie własnych środowisk. Zostaliśmy zatomizowani w rezultacie bezwzględnej pracy operacyjnej komunistycznej policji politycznej w Polsce „ludowej”. Tak nasze umysły, jak polityczne odczucia tkwiły w obcęgach sił ze Wschodu i Zachodu zainteresowanych wyłącznie utrwaleniem swoich wpływów. W czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu wielu z narodowców wymordowano a pozostawionych przy życiu pozbawiono prawa do nieskrępowanego formułowania samodzielnych ocen i otwartego dyskutowania o żywotnych interesach degenerującego się w komunizmie społeczeństwa. Inwigilowanych i izolowanych ludzi zepchnięto w niszę społeczną, w której miały zadziałać wobec niepokornych nieubłagane prawa biologii. Niektórzy z nich jednak wybrali formę niedoskonałą i daleką od ideału narodowego aktywizmu zasilając szeregi Stowarzyszenia PAX.

Nic więc dziwnego, że nacjonalistyczny Hibernatus, tak jak francuski pierwowzór filmowy z Luisem de Funèsem w roli głównej, wyciągnięty po półwieczu uwięzienia w peerelowskiej lodowni odtajał za szybko, w korowodzie mniej lub bardziej groteskowych prób tchnięcia w jego członki ożywczych myśli, zanim jego współczesnym epigonom udało się opracować cudowną miksturę powstrzymującą ostateczny rozkład jego szczątków. Krytyczne analizowanie skomplikowanych, a przede wszystkim jakościowo nowych zjawisk geopolitycznych w Europie i na świecie (po symbolicznym upadku „muru berlińskiego” w 1989 roku) przez neoendeków dokonywał się przy pomocy częstokroć już przebrzmiałej siatki pojęć zaczerpniętych ze świata idei, który runął kilka dekad wcześniej. Ten stan alienacji epigonów Dmowskiego czy Piaseckiego w posttotalitarnym (a może lepiej byłoby użyć terminu postkolonialnym) społeczeństwie polskim w III RP jedynie się pogłębił i utrwalił.

Splugawione przez swoich oprawców ciała bohaterów heroicznej walki o polską wolność sprzed półwiecza spoczęły w dołach razem z innymi bezimiennymi ofiarami terroru niemieckiego i komunistycznego. Do tego mocno symbolicznego dance macabre dołączają obecnie ci, którym dane było fizycznie przeżyć „ludową ojczyznę” swoich katów. Ale upływ czasu jest nienegocjowalny. Trwamy przy swoich przekonaniach, bo Oni podtrzymywali nas na duchu, wspierali życiowym doświadczeniem. Wraz z pogrzebowymi ceremoniami ostatnich z „wyklętych” kombatantów z NSZ i ZJ zostaliśmy w tej sztafecie pokoleń polskiego nacjonalizmu dziś samotni. W końcu dotarła do nas powaga sytuacji, gdy sami na własną odpowiedzialność musimy dokonać trzeźwego wyboru drogi na przyszłość. Bez oglądania się za siebie, sami przed sobą musimy odpowiedzieć na nurtujące pytanie o sens trwania w swoim wyidealizowanym Tolkienowskim Shire, gdy uświadamiamy sobie intelektualną zgrzebność nacjonalizmu polskiego trzeciego millenium zagrożonego przez żarłoczny demoliberalny i neoimperialny Mordor napierający ze wszystkich stron globu. Czym prędzej musimy odnaleźć wehikuł idei, który przeniesie nas przez podłą teraźniejszość ku lepszym czasom.

Żyjemy w czasach schyłkowych, domknięciu pewnego cyklu cywilizacyjnego Europy, gdy uniwersalna Prawda katolicka funkcjonuje nie jako ten jedyny drogowskaz dla śmiertelników, lecz raczej jako jedna z wielu równoprawnych a więc wybieralnych koncepcji filozoficznych dostępnych dla mieszkańców Starego Kontynentu. Żyjemy we współczesnej wieży Babel, komunikując się między sobą w niezrozumiałych już dla siebie językach. Przekładając ten stan historycznego pesymizmu na świat idei politycznych zostaliśmy dziś zmuszeni do skorygowania matrycy ideowej, z której formowane były w przeszłości pokolenia narodowców. „Historyczny” nacjonalizm nieuchronnie wypiera (post)nacjonalizm, który nie musi być wcale skrajnym zanegowaniem w duchu postmodernizmu tego co było do tej pory wzniosłe, piękne i majestatyczne, lecz raczej postawą refleksyjną na nowo opisującą otaczający nas świat. Transcendencja pozostanie fundamentem naszych intelektualnych peregrynacji przeciw współczesnych nomadom tratującym dziedzictwo kulturowe naszych przodków.

Nasze pismo ma w tej wyprawie w nieznane do odegrania rolę szczególną. Pragniemy prowadzić dialog z „rekonstrukcyjnymi” inicjatywami (MW, ONR etc.) o przyszłości kraju i kontynentu, zawczasu dokonując transfuzji identytaryzmu w krwioobieg myśli środowisk narodowych zakażonej groźnym wirusem postawy Kalego wobec bliźnich.











<- wróć do: Artykuły

Spodobał Ci się ten artykuł?

Wesprzyj nasz portal oraz magazyn „Templum Novum”!

Dzięki Tobie bedziemy mogli rozszerzyć naszą działalność!


Numer konta naszego funduszu wydawniczego: Bank PEKO SA 72 1240 1141 1111 0000 1687 4819

W polu „tytułem” prosimy wpisywać: „Fundusz Wydawniczy TN”

(c) Magazyn Phalanx i Templum Novum, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji