Manifest      Magazyn Phalanx      @ Kontakt      Xięga gości   
  

Język:
Polski
English

Artykuł


Moc buntu

Autor: Zdzisław Antolski

31-12-2007 23:31

W Polsce Ludowej podział wśród pisarzy był jasny i klarowny. Funkcjonowały trzy obiegi literatury. Z jednej strony byli pisarze zaangażowani w budowę socjalizmu, członkowie frontu ideologicznego, inżynierowie dusz, aktywnie majstrujący przy zbiorowej duszy społeczeństwa, aby go przygotować do nadchodzącej ery szczęścia komunizmu, a z drugiej byli dysydenci, tzw, koncesjonowana przez Gierka opozycja, ludzie drukujący w Paryżu, mający środki i drukarnie na publikacje „podziemne”.




Wolność słowa?

Zdzisław Antolski

Dopiero później okazało się, że działacze i niektórzy twórcy drugiego obiegu byli opozycyjni i ideowi bardziej na pokaz niż z wewnętrznych różnic między władzą a opozycją.

Istniał także najmniej znany i opisany trzeci obieg. Należeli do niego buntownicy, którzy nie chcieli się opowiedzieć po żadnej ze stron konfliktu, widząc niebezpieczeństwa dla duchowej wolności pisarza zarówno ze strony totalitarnego reżimu, jak i ze strony tzw. opozycyjnej, która tworzyła własny fundamentalizm moralny i obyczajowy.. Byli to wewnętrzni emigranci, wieczni buntownicy słowa, bez reszty oddani sztuce, przez otoczenie nie zrozumiani, nie mogący się dostosować do wymogów oficjalnej literatury PRL, ani do podziemnych wymogów.

W trzeciej RP okazało się, że ich obawy nie były całkiem pozbawione sensu. Bardzo szybko byli opozycjoniści z drugiego obiegu oraz ich niedawni przeciwnicy padli sobie w ramiona, wybaczając sobie nawzajem. Okazało się, że twardogłowi marksiści po nocach czytywali paryską „Kulturę”, którą otrzymywali bez przeszkód za pomocą prenumeraty, a także pilnie nasłuchiwali audycji Radia Wolna Europą, której słuchali bez zagłuszeń. Znów jest jeden najważniejszy i oficjalny obieg literatury, w którym istnieją tylko pisarze byłego reżimu i ich niedawni przeciwnicy. A co z wielką rzeszą pozostałych?. Oczywiście mogą drukować, wydawać, ale nie do nich należy machina reklamy i promocji, przez co stali się zupełnie zmarginalizowani.

Właściwie widzimy, że największą porażką III RP stali się ludzie niepotrzebni: pracownicy PGR-ów, górnicy, pielęgniarki, ale także ludzie pióra, w tym trzecioobiegowcy. Po co nam tylu pisarzy, zdają się mówić, choć oczywiście nie powiedzą tego głośno, publicyści „Gazety Wyborczej”, mamy te trzy cztery nazwiska, o nich piszemy w kółko i bez przerwy. A reszta to niepotrzebny balast, którego należy się pozbyć. Otóż, proszę państwa, zadziwiająco mała jest ta III RP, bardzo szczupła jest ta nasza wspólna niepodległa Polska, niewielu ludzi znajduje w niej pracę, zajęcie i prawo istnienia. Przeważają ludzie niechciani, odrzuceni.

Dzisiejsza sytuacja w polskim życiu literackim podobna jest do sytuacji w ekonomii. Teoretycznie każdy może zostać pisarzem albo biznesmenem. Ale jeśli nie ma na odpowiednich środków finansowych albo znajomości jest skazany na porażkę. Oczywiście można powiedzieć, że prawdziwy talent zawsze się przebije. Ale przecież wiemy dobrze, ze są to słowa demagogiczne, bo doskonale pamiętamy z historii jak wiele talentów zmarnowało się z braku życzliwej opieki lub z powodu obojętności.

Sytuacja pisarza w III RP jest co najmniej dziwna. Może powiedzieć i napisać właściwie wszystko, ale jeśli autor nie będzie politycznie poprawny jego słowa przejdą bez echa. Paradoksalnie w Polsce niepodległej i wolnej dyskurs ideowy właściwie zamarł.

Jaką właściwie dzisiaj ma rolę ma do odegrania pisarz? Czy ma zapisać się do któregoś z hałaśliwych stronnictw politycznych i odgrywać rolę umysłowego zaplecza dla bogatych sponsorów? Czy ma być tylko producentem towaru na wolny rynek, a interesować go tylko powinno co na tym rynku znajduje zbyt i za jaką cenę? Czy ma całkowicie zerwać z tradycją polskiej literatury, z tradycją Kochanowskiego, Reja, pisarzy sejmu wielkiego a wreszcie zerwać z tradycją Żeromskiego, że pisarz powinien rozdrapywać rany i być sumieniem narodu?

Sytuacja pisarza jako drobnego rzemieślnika wytwarzającego produkt na rynek budzi sprzeciw. Wielu pisarzy, zwłaszcza tych, którzy nie załapali się do stajni Adama Michnika ani nie mieli znajomości w establishmencie pezetperowskim pozostaje w zagubieniu ideowym, moralnym i finansowym Niektórzy nawet stwierdzają, że w PRL-u było lepiej, bo władza doceniała, dotowała, odznaczała, dawała stypendia itd. Zapominają, że władza wymagała, kontrolowała, cenzurowała, poganiała, dyktowała i karała. Zapominają, że tak naprawdę literaci przestali się liczyć po 56 roku, a w epoce telewizji władza coraz bardziej forsowała inne sztuki. Pamiętają, że jednak władza ich się obawiała i przynajmniej straszyła albo próbowała obłaskawiać. Teraz są totalnie lekceważeni i trudno ten stan znieść psychicznie.

Jedną z najgorszych cech, jakie totalitaryzm w nas pisarzach zaszczepił to przyzwyczajenie do życia w stadzie, gdzie byli pisarze-generałowie, pisarze - pułkownicy, pisarze-kaprale i pisarze-szeregowcy. Teraz narzekamy, że nie ma hierarchii. Ależ one są, one się tworzą same poprzez dzieła i poprzez dokonania społeczne. Nawet protesty były w PRL podpisywane grupowo, aby trudniej było władzom mścić się i prześladować odważnych. Stąd listy 34, 46 itd. Trudno nam jest stanąć samotnie wobec rzeczywistości, zwłaszcza, że inni działając w grupach próbują demokrację monopolizować. Stąd naturalna chyba chęć stowarzyszania się, działanie dla wspólnego dobra, w imię wspólnych ideałów.

Żyjemy w świecie zakłamanym. Nasi władcy proponują nam kapitalizm i wolny rynek, ale dla siebie mają dotacje, wsparcia, stypendia. Znany pisarz R. Ziemkiewicz stwierdził, iż hasłem III RP jest „kapitalizmu tyle, ile jest konieczne, a socjalizmu tyle, ile się da”. Króluje korupcja, kolesiostwo, towarzystwa wzajemnego wpierania się wyszarpujące tylko dla siebie kolejną działkę dotacji z budżetu.

Wymieniłem na początku tego tekstu trzy obiegi literackie. Oczywiście świadomie pominąłem ten największy, który istniał zawsze i będzie zawsze istniał. Jest nim postawa życiowego i duchowego oportunizmu, poszukiwania życia ułatwionego i dobrze urządzonego, niezależnie w imię jakiej racji ideologicznej. Oczywiście takich postaw było najwięcej w PRL, a i dziś one dominują, bo taka jest natura człowieka i nie ma w tym żadnej tragedii czy potępienia. Ale nie wyobrażam sobie, aby jedynym efektem odzyskania niepodległości było w Polsce rozpowszechnienie postaw oportunistycznych, nihilistycznych i korupcyjnych, także wśród twórców.

Ten stan rzeczy ma swoje źródła w klęsce Solidarności jako projektu społecznego i politycznego. Solidarność była powstaniem polskim, które odniosło tylko połowiczny sukces. W gruncie rzeczy rozmowy okrągłego stołu były jej kapitulacją. Zaraz potem fatalną decyzję podjął Wałęsa rozwiązując Solidarność i nie zakładając własnej partii. Miliony wyborców zostało na lodzie, zdezorientowanych, zagubionych, nie wiedzących na kogo głosować. Partiom wywodzącym się z „S” przyczepiono łatkę niewrażliwych społecznie, wspierających bogaczy itp. Zanikła gdzieś idea solidaryzmu społecznego zastąpiona hasłem „Bogaćcie się” i „Pierwszy milion trzeba ukraść”.

Władze PRL-u nie lubiły artystów, którzy na pierwszym miejscu stawiali wolność. Poeta Jerzy Juliusz Emir napisał: „Do tej pory ujawniono zaledwie drugi obieg polskiej sztuki. Ten nieoficjalnie – oficjalnie dotowany i sponsorowany, wyposażony w urządzenia itd. Obieg trzeci – to twórcy, którzy mieli odwagę podjąć samotną walkę przeciw wiatrakom PRL-u. Równie, jak ci z drugiego obiegu, byli represjonowani, dławieni, więzieni. Nie są dziś posłami ani senatorami, część z nich, jeszcze bardziej niż wczoraj, nie ma za co żyć. Dalej jednak będą wykonywać swój los”.

I dziś ten nurt nie wygasł, ponieważ jest on rzeczywiście odwieczny, niezależny od czasu i miejsca, a także ustroju. Owi artyści przeklęci, niezrozumiani, odrzuceni byli i będą zawsze. Zadaniem związków pisarzy jest otoczyć ich opieką, choćby duchową jeśli nie ma środków na inną, bardziej wymierną. A III RP okazała się dla zbyt wielu jej obywateli nie troskliwą matką, ale złą macochą, która nie słucha żadnych argumentów, choć powołuje się bez przerwy na tolerancję i demokrację. Niektórzy w imię tolerancji i demokracji gotowi są potępiać, wyszydzać i skazywać na margines podejrzanych o nieprawomyślność.

Jeśli szukałbym ideowego programu dla pisarza współczesnego to powołałbym się na Alberta Camusa, który sformułował program „człowieka zbuntowanego”: „Niestrudzony bunt wiecznie ściera się ze złem i z tego starcia musi czerpać nowe siły(...) Niesprawiedliwość nadal łączy się z cierpieniem nawet najbardziej zasłużonym w oczach ludzi. I wciąż Prometeusz krzyczy swoim milczeniem w obliczu prześladujących go sił. Ale przeciwko Prometeuszowi zwracali się też ludzie, i ludzie z niego szydzili. Znajdując się pomiędzy złem człowieka i złem losu, pomiędzy terrorem i arbitralnością, Prometeusz rozporządza tylko mocą buntu, aby uratować od śmierci, co jeszcze może zostać uratowane, nie ulegając bluźnierczej pysze.

Można tedy zrozumieć, że bunt nie potrafi się obejść bez pewnego rodzaju miłości. Ci, co nie znajdują odpoczynku ani w bogu, ani w historii, chcą żyć dla innych, którym równie jest trudno jak im samym, to znaczy dla upokorzonych.”1

I myślę, że jest to dobra i właściwa propozycja ideowa na dzisiejsze czasy, aby ludzie pomagali sobie nawzajem. Głównie dobrą myślą i zrozumieniem. Aby Prometeusz spotykał się nie tylko z szyderstwem gawiedzi, ale poznał drugiego Prometeusza, równie jak on nieugiętego w postawie buntu wobec zła i niesprawiedliwości.

Zdzisław Antolski

1 A. Camus, Człowiek zbuntowany, Oficyna Literacka, Kraków 1993, s. 280-1.











<- wróć do: Artykuły



(c) Magazyn Phalanx, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji
W projekcie strony wykorzystano fragment grafiki autorstwa wielkiego polskiego rzeźbiarza i grafika Stanisława Szukalskiego „Dziedzic”, 1943.