Z dużym zainteresowaniem przeczytałem w jednym z numerów "Tele-Rzeczpospolitej" z lutego 2002 r. wywiad, przeprowadzony z artystą przez Krzysztofa Feusette`a. Wypowiedzi PS utwierdziły mnie w przekonaniu o słuszności mojego wyobrażenia na temat jego osoby. W rozmowie z dziennikarzem "Rzeczpospolitej" Szczepanik opowiada o swojej twórczości i wielkiej polityce, w którą był niegdyś zamieszany. Latem 1980 r. artysta wsparł strajk w stoczni gdańskiej: - Do stoczni wskoczyłem nie przez mur, bo wnosiłem ciężki sprzęt nagłaśniający. Od maja radiowęzeł w stoczni nie działał, organizatorom strajku ciężko było mówić przez tubę z gazety. Wiedziałem, że bardziej niż moje śpiewanie przyda się aparatura, przez którą nadawałem różne kasety. W chwilach zagrożenia miałem cały zestaw nagrań z pielgrzymek Ojca Świętego, bardzo to ludzi podnosiło na duchu.[...] tamte dziesięć dni były najpiękniejszymi w moim życiu. Wspaniale jest mieć świadomość, że jest się w danej chwili w tym miejscu na Ziemi, gdzie się być powinno i robi się to, co robić się powinno- to słowa, jakimi opisuje tamte historyczne wydarzenia. Muzyk opowiada też, co wpłynęło na jego wrogość do komunistycznego systemu: - Prymitywne, podstępne działania władzy ludowej. [...] przy całkowitym pomijaniu polskiej tradycji oraz sprawy fundamentalnej czyli niepodległości. [...] Do tego ta nasza odwieczna przyjaźń z odwiecznym ciemiężcą, to było po prostu ohydne. Z tych właśnie powodów autor "Guzików" zaangażował się po stronie Solidarności. - Solidarność traktowałem jako kontynuację naszych romantycznych powstań narodowych - wspomina. I podobnie jek w przypadku powstań, wszystko skończyło się dość dramatycznie i niesmacznie. Piotr S. bez oporów mówi także o wielkim zawodzie, jaki sprawili mu ci, którym zaufał. Na czym najbardziej się zawiódł? - Najbardziej byłem zawiedziony, kiedy jeszcze w 1988 r. zauważyłem u pewnych ludzi skłonność do ustawiania się z wiatrem oraz do topienia tych, którzy są niewygodni.[...] Na tym, że zaufanie narodu do elit solidarnościowych zostało w tak okrutny, bezmyślny i pogardliwy sposób roztrwonione - czytamy. W tej gorzkiej diagnozie utwierdziła artystę krótka, 4-miesięczna praca w kancelarii Lecha Wałęsy. Wyrwanie z uwikłania w belwederskie koterie i intrygi nastąpiło bardzo szybko; - Ewakuowałem się naprawdę z ulgą, z uśmiechem na ustach [...]. Byłem szczęśliwy, że mam za sobą to bagno - opowiada. Opracował: Dawid Zadura
|