Byłem na „Pasji”, a może raczej należałoby powiedzieć brałem udział w „Pasji”. Bo nie jest to film, a widowisko pasyjne i jako film trudno jest je oceniać. To się po prostu przeżywa, a wtedy oceny gdzieś umykają. Przeżywanie jest czymś bardzo osobistym i nieprzekładalnym. Nie wszystko zresztą rozumiem i pewno nie będę rozumiał. Więc może tylko o takich drobnych spostrzeżeniach. Przed filmem normalny ruch, kubełki z pop-cornem gwar, śmiechy, pepsi cola, tłum młodzieży. Wróżyło to jak najgorzej. Od pierwszej sceny głucha cisza. I tak już do końca. I co jeszcze bardziej zdumiewające, także przy wyjściu. I na przystanku tramwajowym również. To mówi o wszystkim. A co do głosów o antysemityzmie to wyraźnie Gibson pokazał, że są Żydzi i Żydzi, Rzymianie i Rzymianie, tak samo jak są Polacy i Polacy. Tylko motłoch był i jest wszędzie taki sam, zawsze gotów podszczuty, za parę nędznych groszy, czy po prostu dla rozrywki, do rzeczy najpodlejszych. I tacy sami są współcześni faryzeusze i saduceusze najgłośniej krzyczący przeciwko „Pasji”. Tu akurat nic się nie zmienia. I jeszcze Hanuszkiewicz - że „kicz”. Ta wypowiedź mówi więcej o Hanuszkiewiczu, niż o „Pasji”. Bo widowisko pasyjne nie jest dla estetów a dla tych, którzy są zdolni do przeżyć religijnych. Nie widziałem nigdy z bliska widowisk pasyjnych poza wstawkami w TV z Kalwarii. Patrząc na to z punktu widzenia „estety” to są dopiero kicze. Te anachroniczne stroje, bibułka i styropian, ci Rzymianie w strażackich kaskach itp. Kiedyś też pogardliwie kręciłem na nie nosem, teraz rozumiem to lepiej. Bo nie liczy się cały ten sztafaż. Liczy się treść bardzo osobistego przeżycia Ewangelii. I to niesie „Pasja”. Nie tylko w wizji Gibsona. Po wyjściu z kina nie bardzo byłem w stanie o tym rozmawiać. Mimo iż upłynęło kilka godzin nadal nie bardzo mi to idzie. Może jak ochłonę to napiszę więcej. Jerzy Stępniewicz
|