Wyreżyserowana przez Mathieu Kassovitza "Nienawiść" to film opisujący losy trzech młodych przedstawicieli mniejszości (a może już większości?) etnicznych Francji - Żyda Vincenta, Araba Saida i Murzyna Huberta. Jak na chłopaków z czarnego przedmieścia przystało, nasi bohaterowie całe dni i noce spędzają na wałęsanie się po ulicach, handlu narkotykami czy też zażywaniu ich, szarpaninach z "nietolerancyjną" policją, zaliczaniu kolejnych melin itp. rozrywkach. Kassovitz jednocześnie stara się wmówić widzowi, że są to postacie pozytywne i pokojowo nastawione, których "ewentualne" kryminogenne postawy wynikają z... nietolerancji i rasizmu, jakimi rzekomo przesiąknięci są do szpiku kości biali Francuzi. I nie może zmienić tego fakt, że Vincent posiada nielegalnie broń i bardzo się pali do jej użycia, Hubert to znany narko - dealer, Said świadomie prowokuje bójkę ze skinami, wykrzykując do nich teksty w stylu "Le Pen to fiut" itp. A wszyscy są narkomanami i złodziejami (usiłują ukraść samochód). Dla demoliberałów takie postawy i zachowania z pewnością nie są negatywne, podobnie jak i dla autora filmu. Jeśli w całym tym wielokulturowym tyglu ktoś jest już zły to ma nim być... symboliczna postać szarego Francuza - "Ogłupionego przez system (sic!), nawet nie będącego rasistą a w wyborach głosującego na Le Pena", jak opisuje go jeden z naszych kolorowych bohaterów. O tym, że w głębi duszy są to dobrzy chłopcy ma przemawiać także jeden z końcowych wątków. Ukazuje on bójkę, jaka Said i Hubert stoczyli z grupą sprowokowanych wcześniej NR skinów, którą niechybnie przegraliby, gdyby nie pomógł im uzbrojony w pistolet Vincent, który swoim pistoletem spłoszył "faszystowskich bandytów". Przy okazji udało się pobić sterroryzowanego pistoletem skina, którego z łatwością mógłby zastrzelić, ale... oczywiście nie uczynił tego (mimo gorącego dopingu kolegów), bo przecież jest dobrym człowiekiem... ( to taki dość już wyświechtany i zabawny motyw w hollywoodzkim stylu). Tak, więc podsumowując - "Nienawiść" jest dalekim od obiektywizmu obrazem chorej rzeczywistości wielokulturowego (czytaj: bezkulturowego) społeczeństwa Francji. Może właśnie dlatego chyba warto go obejrzeć. Plusem przemawiającym na jego korzyść jest też strona techniczna - para dokumentalna forma.
|