Opowiadania

19-02-2005

Twarzą w noc (fragment opowiadania)

Kiedy ten pierwszy żłobiący sobie w nocy drogę świst minął ich dom - poznali. Niemcy sprowadzili artylerię. Sterowi serce waliło boleśnie, nie mógł wydławić słowa, choć wiedział, że teraz jest potrzebne, że tych czterech czeka...

Kategoria: opowiadania

19-02-2005

Wojna Pałacom i Pokój Chatom

Noc była w sam raz na akcję plakatową, księżyc świecił w tle na niebie żadnej chmurki, jak na połowę października stosunkowo ciepło. Razem z moim towarzyszem Pytonem rozkleiliśmy ponad setkę plakatów "ROBOTNICY OBÓDZCIE SIĘ I...

Kategoria: opowiadania

19-02-2005   Z: 12 yrs
Kategoria: opowiadania

Autor: Krystyan R. de Wet

Trzy lata wojny o niepodległość


Rozdział I. Przyłączam się do mego oddziału jako prosty Bur.

Zanim rozpocznę opowiadanie o bolesnych wypadkach, w których brałem udział podczas długiej wojny, zakończonej rozbiciem naszej wolności, niech mi będzie wolno powiedzieć słówko o systemie rekrutacyjnym, jaki panował w państwie orańskim. Prawo to obowiązywało wszystkich obywateli od siedemnastego do sześćdziesiątego roku życia, ażeby byli w każdej chwili gotowi do walki za ojczyznę. Obowiązkiem ich było dostarczyć na wezwanie konia, siodło i cały rzęd na konia, strzelbę i trzydzieści nabojów, wreszcie żywność na osiem dni. Stanowiło ją mięso surowe, krajane w plastry, osolone i opieprzone, kiełbasa i chleb.

We wrześniu 1899 roku otrzymaliśmy rozkaz być w gotowości do wyruszenia w jak najkrótszym czasie. Zaraz potem, 2-go października, wydano Burom w państwie orańskim rozkaz stawienia się, a veldkornetom (1) nakazano dopilnować wypełnienia rozkazu. Posłuszny prawu krajowemu, wyruszyłem jako prosty obywatel, zabrawszy ze sobą trzech synów: Kootika, Izaaka i Krystyana. Należałem wtedy do obwodu miasteczka Krom-Elenboog w okręgu Heilbron. Razem z resztą współobywateli podążyliśmy do Elandslaagte, punktu zbornego, pod dowództwem veldkorneta Marthinusa Elsa. Sformowaliśmy się w commando (2) pod rozkazami Łukasza Steenekampa. W Elandslaagte otrzymaliśmy rozkaz wyruszenia z jak największym pośpiechem, razem z obywatelami z Vrade, Harrismithu, Betleemu, Winburga i Kroonstadu na granicę Natalu. Połączyliśmy się w Haarismith. Na zbieraniu się zeszło nam osiem dni, a przez ten czas musieliśmy sami myśleć o swoim wyżywieniu. Po przybyciu do Harismithu, oddziały przystąpiły, według obowiązującego prawa, do obioru naczelnego wodza. Naczelnym wodzem obrany został Martinus Prinslov, a na jego miejsce dowódcą jego oddziału żołnierze wybrali Thennisena. Muszę oddać hołd zdolnościom tego dowódcy, którego śmierć nam wkrótce wydarła; zginął on podczas ataku na Paardeberg, który przedsięwziął w celu oswobodzenia generała Pieta Cronje. Po opuszczeniu Harrismithu oddział z Heilbronu, do którego należałem, zbliżył się na sześć kilometrów do granicy Natalu i zajął stanowisko w Drakensbergen, niedaleko wąwozu Bernidenhout. Drakensbergen, czyli Góry Smocze, które stanowiły do owej pory granicę pomiędzy dolnym państwem orańskim a posiadłościami angielskimi, tworzą łańcuch wysokich gór, które od naszej strony mają pochyłość łagodną, ale od strony Natalu są strome. Z tego to wąwozu zostałem wysłany z patrolem przez komendanta Steenckampa aż na samą granicę. Krążyłem cały dzień, nie spotkawszy angielskich żołnierzy. Wiedzieliśmy jednak, że przed samym wypowiedzeniem wojny nieprzyjacielska armia skoncentrowała się na granicy. Powróciwszy do obozu dowiedziałem się, że Burowie naszego oddziału wybrali mnie pomocnikiem powódcy Steemckampa (3). Tego właśnie wieczora, 11-go października 1899 roku, nastąpiło urzędowe wypowiedzenie wojny. O piątej po południu upłynął termin, wyznaczony przez Rzeczpospolitą Południowo-Afrykańską w ultimatum, wzywającym Anglię do cofnięcia swych wojsk znad granicy. Od tej pory nie było ani chwili do stracenia. Rząd Rzeczpospolitej wydał rozkaz zajęcia wszystkich przejść w Górach Smoczych, a komendantowi Steenckampowi polecono odsadzić wąwóz Bemdenhout, do którego podeszliśmy wczoraj. Od wschodniej strony następujące oddziały poobsadzały przejścia: oddział z Vrede wąwóz Botha, oddział z Harrismitha i Winburga wąwóz von Reenem a oddział z Kroonstadu wąwóz Tintwa. Od zachodu strzegł przesmyku Olivershoek oddział z Betleemu. W taki sposób wszyscy Orańczycy od pierwszej godziny wojny, rozsiani na łańcuchu Gór Smoczych, naturalnego swego szańca, byli już na granicy do obrony ojczyzny. Steenckamp tego wieczoru, gdy otrzymał rozkaz wymarszu zachorował i pozostał w obozie a ja, jako jego pomocnik, musiałem go zastąpić. Wziąłem ze sobą 600 ludzi i wyruszyłem strzec przesmyku Bemidenhout.
Głęboka ciemność panowała na dróżkach podobnych do wyrw, które z Veldu prowadzą po łagodnym spadku na szczyty Gór Smoczych. Znając dobrze okolicę, poprowadziłem bez trudności mój oddział na stanowisko. Bez przeszkód doszliśmy do wąwozu, w którym spędziliśmy całą noc w najgłębszym milczeniu. Wschodzące słońce nie przyniosło nam nic nowego; jak daleko mogliśmy sięgnąć wzrokiem, nie było śladu armii angielskiej. Wieczorem komendant Steenckamp przybył z resztą naszego oddziału. Przyniósł wiadomość, że kroki nieprzyjacielskie rozpoczęły się i że generał Delarey w Kraaipan napadł na pociąg pancerny i zdobył go. Ponieważ wódz naczelny Martinus Prinslov nie zastał Anglików na szczycie gór, postanowił nie stać nieruchomo, ale przejść do działania zaczepnego. W wąwozie van Reenen zebrał radę wojenną, w której wziąłem udział w zastępstwie ciągle chorego komendanta Steenckampa. Na radzie postanowiono, że dwa tysiące Burów z kilku oddziałów spuści się z gór do Natalu pod rozkazami komendanta C. J. de Villersa a Harrismithu a reszta naszej armii zostanie na szczycie Gór Smoczych dla strzeżenia wąwozów. De Villers został przy tej sposobności mianowany «generałem walczącym» (4) za prawa Rzeczpospolitej Orańskiej . Ponieważ komendant Steenckamp był ciągle chory, ja - jego pomocnik, zostałem wyprawiony z 500 Burami, jako przedstawicielami oddziału heilbrońskiego w armii Natalu. Armia ta miała za zadanie odciąć odwrót Anglikom będącym w Dundee i Elandslaagte, a potem rozpocząć akcję wspólnie z Transwalczykami nadciągającymi od strony Volksrusti i z częścią Burów z Vrade, dowodzonych przez generała Kocha. Na nieszczęście przybyliśmy między Elandslaagte i Ladysmith za późno i nasza wyprawa spełzła na niczym. To opóźnienie z naszej strony pozwoliło wojskom angielskim uformować się i skoncentrować w Ladysmith. Od tej chwili można było obawiać się, że Anglicy przejdą do działania zaczepnego, zanim Transwalczycy opóźnieni w Dundee zdążą połączyć się z nami. I tak też się stało. Nazajutrz, 24-go października o ósmej rano Anglicy wyszli z Ladysmithu i wydali nam bitwę pod Moderfontein. Była to pierwsza bitwa stoczona przez mieszkańców Wolnego Państwa Orańskiego w walce o niepodległość. Na zachód od kolei wiodącej z Ladysmithy do Dundee rozstawiliśmy się na kopjach (5) linią dość długo rozciągniętą półkolem. Nasz oddział liczył tysiąc ludzi, bo tylną straż pozostawiliśmy w Bester-Station. Mięliśmy tylko jedno działo, ustawione na prawym skrzydle na pochyłości najwyższej kopji. Anglicy szli na nas pod osłoną trzech baterii posuwających się za nimi, które ustawiwszy się o cztery tysiące metrów od naszej linii rozpoczęły ogłuszającą kanonadę. Taktyka Anglików była wyraźna. Polegała na tym, żeby nas zająć na całej długości linii, nie dając nam nigdzie się skoncentrować, a przez to ułatwić sobie szturm do wyżyn, które zajmowaliśmy. Część wojska usiłowała rzeczywiście dotrzeć do nas rzucając się naprzód. Manewr ten ułatwiała natura bardzo górzystego gruntu, który osłaniał ich przed naszymi strzałami. Czekaliśmy cierpliwie, aż Anglicy wdarłszy się na pewną wysokość, musieli się wychylić za wzgórków i w tej samej chwili rozpoczęliśmy strzelaninę tak nieustającą i gęstą, że nie mogli zbliżyć się więcej jak na dwieście kroków.


<< pierwsza < Poprzednia 1 2 3 Następna > ostatnia >>
(c) Magazyn Phalanx i Templum Novum, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji