Opowiadania

19-02-2005

Wojna Pałacom i Pokój Chatom

Noc była w sam raz na akcję plakatową, księżyc świecił w tle na niebie żadnej chmurki, jak na połowę października stosunkowo ciepło. Razem z moim towarzyszem Pytonem rozkleiliśmy ponad setkę plakatów "ROBOTNICY OBÓDZCIE SIĘ I...

Kategoria: opowiadania

19-02-2005

Trzy lata wojny o niepodległość

Rozdział I. Przyłączam się do mego oddziału jako prosty Bur. Zanim rozpocznę opowiadanie o bolesnych wypadkach, w których brałem udział podczas długiej wojny, zakończonej rozbiciem naszej wolności, niech mi będzie wolno...

Kategoria: opowiadania

< Wojna Pałacom i Pokój Chatom
19-02-2005   Z: 12 yrs
Kategoria: opowiadania

Autor: Tadeusz Gajcy

Twarzą w noc (fragment opowiadania)


Kiedy ten pierwszy żłobiący sobie w nocy drogę świst minął ich dom - poznali. Niemcy sprowadzili artylerię. Sterowi serce waliło boleśnie, nie mógł wydławić słowa, choć wiedział, że teraz jest potrzebne, że tych czterech czeka na nie, na zdawkowe, puste nawet słowo. Należałoby powiedzieć na przykład:
   - Dopiero? - lub: - Nie taki diabeł straszny... - albo krótko: - Artyleria!
   Gwizdnąć przeciągle - ostatecznie. Wyręczono go:
   - Szwaby się zniecierpliwiły - chcą nas wykurzyć!
Kto to powiedział? Winter. Najcichszy, najspokojniejszy z nich wszystkich. Ster przypomniał sobie głupio, jak przyłapał go na korytarzu zapatrzonego w małą fotografię. Narzeczona pewnie.
   - Jakoś ucichli. - Poznał Dembowskiego. - Ale! Słyszysz?
Następny huczący pocisk przedzierał się przez nocne powietrze. Tak. Zaczęło się. Poprzednie noce dziurawione salwami, kłute błyskami rac - minęły jak sen. Teraz stała za oknami noc nowa, w której rozstrzygnie się.
Załoga Stera kierowała lufy w domniemane twarze ludzi pragnących jej śmierci. Ster zasiadł do "fortepianu". Zasiadł, gdyż za krzesło służył mu własny hełm. Ujął rączki maxima.
Daleko migotały drobne płomyki ognia. Szły wzdłuż całej linii - nieregularne, ale częste. To lufy Niemców skupiały się na ich ruderze. Artyleria nie umilkła. Co kilkanaście sekund szedł przez powietrze wyjący obły kształt żelaza. Nie trafiali na szczęście.
   Ster wolno, wolno przesuwał lufę od lewej do prawej, od prawej do lewej. Czynność ta nie pochłaniała go całkowicie. Przyzwyczaił się... O ile w pierwszych nocach strzelanie nie pozwoliło mu na jedną oderwaną od tej czynności myśl, o tyle teraz - myślenie nie przeszkadzało mu w automatycznej pracy rąk i oczu. Podchorąży dławił w sobie ciągle natarczywiejącą wątpliwość. Uczucie podobne do tego, które obezwładniało go już od wewnątrz nie bólem fizycznym, nie cierpieniem moralnym, zbudziło się w nim ze skurczem strachu czy przeczucia, gdy odezwała się artyleria. Wątpliwość szturmowała ostrożnie, kryjąc się podstępnie w zaułkach świadomości.
   Ster bał się wywlec ją z mózgu, przyoblec w prostą formę słowną, bo wiedział...
   Terkotały zawzięcie karabiny. Wycie artylerii odbrzmiewało podziemnym wstrząsem. Szybciej przesuwał lufę. Więc co?
   Bał się, że zaczajona w zwojach mózgu wypromieniuje, pochwyci tamtych, no, wstydził się podskórnie, bo gdyby oni... Winter, Gołąbek, Dembowski, Gałuszka - poznali, że... no, że co?
   Zagryzł wargi do bólu. Szybciej manewrował lufą. Więc, że... co?
   Znowu ten straszny skowyt żelaza. Działa pokasływały miarowo, wyrzucając swój ładunek coraz bliżej, celniej. Raca. Spojrzał przelotnie w lewo. Zajęci byli. Po automatycznych, precyzyjnych ruchach rąk nie mógł poznać, czy oni myślą!
   To stwierdzenie przeraziło go. Tak - przestać myśleć. Przecież to śmieszne. Nienaturalne. W każdej chwili... O, jest.
To właśnie, że... w każdej chwili. Więc? Boję się - przestał walczyć ze sobą. Po prostu - boję się!
Tylko nie zarazić tamtych, spokojnych, precyzyjnych, odważnych. Odważnych!
Przecież nie jestem tchórzem? Strzelam, jestem dowódcą ratował się.
Strzelał.
- Panie podchorąży! Dobrze idzie, co? - Dembowski. Nie zdążył odpowiedzieć. Tym razem nie słyszeli świstu.
Frontowa ściana domu zafalowała, na głowy spadać zaczęły kawały gruzu i wapna. Ostry gruboziarnisty pył zasłał pokój. Ster instynktownie zakrył głowę rękami. Przymknął oczy i czekał w jakimś przykrym natężeniu mięśni na uderzenie spadających cegieł. Minęła tak minuta może. Szmer okruchów wapiennych sypał się jeszcze z góry, ale już było po wszystkim.
Poprawił maxima, który dostał kawałkiem cegły w statyw i przechylił się.
- Jak u was, w porządku? - głos mu się rwał, musiał go zbierać całą siłą woli.
- Wszystko w porządku, panie podchorąży, Winter trochę w łeb oberwał!
- I mnie przycisło, w palec zaręczynowy - dorzucił Gołąbek.
- W takim razie - ognia! Wrócili do roboty.
- To ci trafny! - Dembowski przytulił się do kolby niecierpliwie.
Trudno było rozmawiać. Znowu grzechot salw. Artyleria jakby zadowolona z sukcesu szanowała się. Przenosiła. CKM-y za to grzały bez przerwy.
   Podchorąży założył hełm. Miał nauczkę. Zacisnął dłonie na rączkach "staruszka" i ze ściśniętymi zębami patrzał za skłonem lufy. Drżał cały. Na próżno usiłował oszukać się zapałem, z jakim tropił wroga z nieodgadnionej ciemności wylotem swej broni. Bebechy latały w nim jak w pustym pęcherzu. I znowu przywarła do mózgu potężniejąca w pewnik myśl.
   Boję się - tchórz - obrażał się. Podświadomie wyczekiwał na reakcję podrażnionej ambicji. Że się złamie w nim coś, zapadnie, stwardnieje - i powie NIE!
   Z góry z ciepłego powietrza przedarł się nikły charakterystyczny brzęk.
   Samolot? Kiedy mruczenie motorów zbliżyło się, przez trzask karabinowy można było określić ich liczbę. Eskadra. To nie było przyjemne. W nocy?
   Artyleria przypominała się. Dwie zielone race plusnęły fantastycznie wlokąc za sobą tren z iskier. Daleko, daleko głuchy łoskot. Raz, dwa, trzy...
   Za chwilę kilka łun wiało nad kominami miasta.
   - Jezu! - pod lewym oknem zakotłowało się.
   - Co jest?
   - Panie podchorąży, Gałuszka dostał!...
Ster nie ruszał się. Puścił maxima. TERAZ się zaczęło. Nie przedtem. Teraz.
Było mu źle - tak jest źle, gdy boli żołądek lub ząb. Przemógł się.
Nogi miał wiotkie, gumowe. Przypomniał sobie o oknie. Opuścił się na kolana.
Dotarł do nich w ten sposób.
   Gałuszka trzymał się za prawy obojczyk rozcapierzoną dłonią. Krew spływała przez mundur cienkimi strużkami. W mroku - była czarna. Ranny pojękiwał jakoś dziwacznie, rytmicznie.
   - Jesteście ranni? - Ster zapytał bez sensu. Gałuszka wskazał brodą.
   - Tu! - szepnął.
Podchorąży nie wiedział, co robić. Miał próżnię w głowie. Nogi latały pod nim. T e g o było dosyć. Dosyć. Dosyć!
Przecież o to chodziło cały czas, gdy tam nad CKM-em siepał się z sobą: miał dosyć!
   Wojnę wyobrażał sobie inaczej. Bardziej malarsko - nie malowniczo - o, na to nie można narzekać, kolory za oknem mnożyły się, ale malarsko - to znaczy szerzej, z jakimś polem bitwy, atakiem, okrzykiem hurra, gdzie leci się kupą śmiało, na zaczajonego w okopie wroga. Tak mniej więcej wyglądały manewry pod Rembertowem.
Ranny zajęczał głośniej. Koledzy jego strzelali nie interesując się nim więcej.
   - Winter, opatrz Gałuszkę - ja muszę do CKM-u. Powlókł się z powrotem. Raz, dwa, trzy - suche uderzenia podchodziły aż tutaj.
   Niebo wibrowało w ruchomych wieżach ognia.
   Kiedy wyciągał ręce do uchwytu maxima - nowy wstrząs zachwiał ścianami.
   Trochę tynku odpadło z sufitu, pocisk uderzył wysoko, prawdopodobnie w dach.
   Ster skulił się za maszynką.


<< pierwsza < Poprzednia 1 2 Następna > ostatnia >>
(c) Magazyn Phalanx i Templum Novum, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji