Opowiadania

19-02-2005

Twarzą w noc (fragment opowiadania)

Kategoria: opowiadania

19-02-2005

Wojna Pałacom i Pokój Chatom

Kategoria: opowiadania

19-02-2005   Z: 13 yrs
Kategoria: opowiadania

Autor: Krystyan R. de Wet

Trzy lata wojny o niepodległość


Na prawym skrzydle komendant Neb i obywatele z Kronstadu byli najwięcej wystawieni na ogień; moi Burowie stojąc od wschodu mniej się rzucali w oczy Anglikom. Ale na całej linii walczyliśmy mężnie i przez cały dzień, pomimo dziesiątkujących nas kul nieprzyjacielskich, nie było mowy o odwrocie. Dopiero około trzeciej po południu Anglicy, widząc niemożliwość zdobycia naszych stanowisk, cofnęli się do Ladysmith. Wtedy mogliśmy się spuścić na równinę, na której Anglicy toczyli z nami bitwę. Nie zastaliśmy tam ani zabitych, ani rannych. Później dopiero towarzysze, którzy obsługiwali działo ustawione na najwyższej kopji powiedzieli nam, że nieprzyjaciel cofając się zabrał poległych i rannych. My zaś mieliśmy jedenastu poległych i dwudziestu jeden ludzi ciężko rannych. Dwóch z nich nie dożyło następnego dnia. Byliśmy głęboko strapieni tak znaczną liczbą ofiar, które padły w pierwszej bitwie tej niesprawiedliwej wojny. Pomimo to nikt nie upadł na duchu.

Rozdział II. Nicholson Neck.

Staliśmy na naszych stanowiskach w Rietfontein aż do 29-go października. Tego dnia naczelny wódz całej armii generał Joubert przybył do nas, wiodąc ze sobą kilka oddziałów transwalskich. Postanowiono, że Transwalczycy zajmą niektóre pozycje na północ od Ladysmithu i na wschód od Nicholsons Neck. Z drugiej strony poddani Wolnego Państwa Orańskiego mieli się ustawić na wschód i na zachód od tej wioski pod rozkazami komendanta Nela i bronić kopu, na szczycie którego było rozległe płaskowzgórze, zwane dawniej Zwartbooiskop, a od czasu słynnej bitwy 30-go października nazwane Małą Majubą. Czując się bezpiecznymi na naszych stanowiskach, czekaliśmy na nową wycieczkę nieprzyjaciela, bo liczebna niższość nie pozwalała nam wystawiać się na niebezpieczeństwo, a nie wiedzieliśmy w jaki sposób Anglicy zechcą ponowić atak. 30-go października o świcie walka zaczęła się na samym końcu linii transwalijskiej, skąd dochodził głuchy odgłos strzałów armatnich. Nakazano siadać na koń. Jednocześnie komendant Steenckamp, przybyły w przeddzień z Bemidenhous, wyjechał z trzystu ludźmi, pomiędzy którymi byłem i ja, ażeby zawiadomić generała Cronje, że Anglicy znów występują zaczepnie. Chcąc się dostać do generała musieliśmy przebyć wąwóz Zwartbroiskopu na południe od Nicholsons Neck. Objeżdżając go ostrożnie zdziwiliśmy się zobaczywszy, że zajęli go Anglicy, pomimo że z rozkazu naczelnego dowódcy miał go bronić komendant Nel. Usprawiedliwiał się on potem z tego nagannego zaniedbania mówiąc, że był pewny, iż jeden z jego veld-kornetów zajął to płaskowzgórze z silnym oddziałem. Bądź co bądź droga była zatamowana i chcąc iść dalej Steenckamp i ja postanowiliśmy wziąć szturmem wzgórze na czele trzystu ludzi, których mięliśmy ze sobą. Udało się nam i ze szczytu tego ważnego stanowiska mogliśmy zobaczyć, że wojska angielskie były ustawione od połowy łańcucha Gór Smoczych do ich południowego cyplu. Zaledwie zajęliśmy nasze stanowiska, zobaczył nas nieprzyjaciel i rozpoczął gwałtowną strzelaninę. Odpowiadaliśmy na nią z równą energią, popierani przez dwudziestu ludzi komendanta Nela. Ale zrozumieliśmy wkrótce, że nie osiągniemy korzyści, jeżeli nie zbliżymy się do nieprzyjaciela, przemykając się z pozycji na pozycję. Anglicy, zasłonięci skałami i starymi kraalami (6) Kafrów mieli doskonałe stanowisko, które przeszkadzało nam do szturmu. Skierowaliśmy na nich celny i nieustający ogień, wobec czego osłony ich okazały się tak niewystarczające, że musieli się cofnąć. Nastała chwila odpowiednia do szturmu. Posuwaliśmy się skacząc, kryjąc się za skałami i po długich wysiłkach zdobyliśmy stanowiska angielskie. Zastaliśmy (...) rannych i poległych, a nawet ujęliśmy kilku opóźnionych, którzy nie zdążyli się cofnąć ze swoim oddziałem. Anglicy zresztą dlatego tylko opuścili swoje pozycje, ażeby zająć mocniejsze. Na południowym krańcu gór ukryli się doskonale za skałami i widać było tylko lufy ich karabinów. Niekiedy wysuwała się zza skał głowa:jedna, druga... a baczni nasi Burowie nie przepuścili żadnej. Przerażeni celnością naszych strzałów Anglicy stracili zimną krew. Wkrótce na lewym skrzydle, jednocześnie z ustaniem ognia, ukazały się białe sztandary, porzucane niewidzialnymi rękoma, podobne do widm. Ufając temu sygnałowi, rozkazałem moim ludziom stanąć z bronią u nóg, a sam posunąłem się ku nieprzyjacielowi. Zaledwie uszedłem kilka kroków, sypnęły się strzały z szeregów angielskich. Na dany przeze mnie znak, gdym powracał do swoich czołgając się po ziemi, oburzeni moi Burowie rozpoczęli strzelać tak gęsto i celnie, ze wkrótce na całym froncie nieprzyjacielskim zaczęły się poruszać białe chorągiewki.

Iluż nas było? Trzystu ludzi z Heilbronu, dwudziestu z Kronstadu i czterdziestu czy pięćdziesięciu z policji w Johannesburgu pod rozkazami kapitana van Deem. Od tych trzystu ludzi z Heilbronu trzeba odliczyć tych, co zostali za górą dla pilnowania koni i kilku opóźnionych, którzy nie zdążyli wziąć udziału w akcji. Obliczywszy wszystkich razem wynika, że walczyło zaledwie dwustu Burów, a z tej liczby postradaliśmy czterech poległych i pięciu ranionych. Straty Anglików wynosiły przeszło dwustu ludzi zabitych i ranionych, do których trzeba jeszcze dodać tych, co padli w rozpadlinach skał i nie zostali przez nas odszukani. Wzięliśmy tego dnia ośmiuset siedemdziesięciu jeńców. Na mój rozkaz przedefilowali oni parę razy czwórkami przed moimi Burami, którzy patrzyli na nich, stojąc z bronią u nogi. Chciałem moim ludziom dodać odwagi i przekonać ich, że nie ma nic niemożliwego dla mężnych, którzy bronią ojczyzny. Anglicy defilowali przed nami z wolna, oficerowie i żołnierze, pod rozkazami veldkorneta, który zawracał ich na miejscu jak młodych rekrutów, uczących się musztry. Po co wtargnęli do naszych wąwozów? Czy po to, ażeby nam pokazać, że z całym swoim uzbrojeniem gorzej się bili niż my, mający tylko strzelby? Nie potrzebowaliśmy tej nauki. Pomimo odniesionego zwycięstwa ogarnął mnie ogromny smutek na widok zmarnowanego męstwa i tylu ludzi poległych we wstrętnej wojnie, której tak bardzo pragnęliśmy uniknąć.

Krystyan R. de Wet

Druga wojna burska przeszła do historii jako jedno z najdonioślejszych wydarzeń kończącego się XIX wieku. Szerokim echem odbiła się po całym świecie, także dla żyjących pod zaborami Polaków nie była wydarzeniem abstrakcyjnym. Wielu spośród nich bardzo wyraźnie sympatyzowało z dzielnym narodem burskim, pragnącym obronić swą niepodległość, widząc jego walkę w kontekście własnych marzeń o niepodległości. Tematyka burska na kilka lat zadomowiła się w świadomości Polaków za sprawą napływających z południa Afryki wieści oraz wydawanych po polsku pamiętników i wspomnień uczestników tamtych wydarzeń. Były wśród nich także wspomnienia polskich ochotników, walczących po stronie Burów, jak np. wspomnienia Eugeniusza Augustusa opublikowane pod tytułem "Nad Tugelą...". Największą wartość merytoryczną wypada jednak przypisać wspomnieniom Krystyana R.


(c) Magazyn Phalanx i Templum Novum, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji