Opowiadania

19-02-2005

Wojna Pałacom i Pokój Chatom

Kategoria: opowiadania

19-02-2005

Trzy lata wojny o niepodległość

Kategoria: opowiadania

< Wojna Pałacom i Pokój Chatom
19-02-2005   Z: 13 yrs
Kategoria: opowiadania

Autor: Tadeusz Gajcy

Twarzą w noc (fragment opowiadania)


Uniósł ramiona, aż oparła się na nich fałda hełmu w ciągłym oczekiwaniu na uderzenie nieoczekiwane i podstępne. Gałuszka siadł gdzieś w kącie i stamtąd dochodziły jego ciche pojękiwania. Rana była bolesna. Denerwowało to podchorążego. Głos rannego działał na niego, jak działał w domu rodzinnym zgrzyt noża po talerzu.
   Chciał krzyknąć - Gałuszka, zamknij mordę - ale zorientował się, że byłoby to chamskie, ordynarne. Przerywane salwy maxima uspokajały go. Złość, zwyczajna ludzka złość za to, że musiał tu tkwić i strzelać, za to, że wytrącono go z normalnego, naiwnie beztroskiego życia - złość ta podsunęła na moment groźną świadomość własnej nikczemności. To Niemcy - tam! - uprzytomnił sobie i przywarł do rozgrzanego żelaza. Gałuszka sapał, chwilami jęczał głośno.
   Artyleria dudniła ciężko. Linia CKM-ów nieprzyjacielskich przybliżyła się. Ich ogień tłukł po ścianach domu, coraz częściej wpadał do izby.
   - Cholera!
   Pod oknem zakotłowało się znowu. Nikt po tym krzyku nie wydał głosu. Podchorąży spocił się pod hełmem. Przyczołgał się do nich.
   Gołąbek leżał sztywno, oparty lewą skronią o parapet okna. Dembowski i Winter patrzyli na niego, nie czyniąc ruchu. Podchorąży czuł serce w gardle.
   Bezwład posunął się z nóg wyżej, docierał do poziomu piersi.
   Ster dotknął leżącego. Szeptem:
   - Co wam, Gołąbek, ranni jesteście? - Znowu: głupio i niepotrzebnie.
   Winter i Dembowski ośmielili się. Gruby nos socjalisty musnął niemal twarz żołnierza.
   - On ma dosyć - kula w usta!
   Szorstko odwrócił ciało. Z rozchylonych bezwładnie warg sączyła się brudna w ciemności krew. Gdy przechylili głowę martwego - z ust posypało się kilka wybitych zębów. Kropla krwi sparzyła opuszczoną rękę podchorążego.
   Skorzystał i teraz z funkcji dowódcy:
   - Odciągnąć go w bok. I strzelać, bo...
Chciał powiedzieć: bo nas tu wybiją - ale zatrzymał się. Czy nie byłoby to odkryciem tajonej myśli?
   Wracając na czworakach na swe miejsce widział, jak skulony Dembowski wlecze zmarłego za nogę w stronę obojętnego na wszystko Gałuszki. Głowa zabitego stukała hełmem o podłogę, aż wreszcie uspokoiła się przekrzywiona karykaturalnie jak głowa lalki.
   Ster nie miał ochoty strzelać. Opadła go apatia, obojętność. Śmierć? - Głupstwo.
   Straszne usta Gołąbka stanęły mu przed oczami. Brrr!
   Dembowski i Winter już bili zaciekle, mściwie. Pomniejszony o dwie lufy trzask broni zdradzał ich podwójnie: przed nieprzyjacielem, posuwającym się coraz widoczniej, i przed własną świadomością, że jest ich tylko trzech.
   Podchorąży nie wiedział, kiedy oświeciła go ta myśl. Przecież za nimi jest jeszcze miasto, wolne, rozległe, gdzie można się skryć przed okropnym wyciem artylerii i cienkiego głosu karabinowych kul. Ze szczęściem, z uniesieniem, kołysał w sobie tę objawioną, najlepszą prawdę.
Przecież wystarczy jego, j e g o rozkaz, a wyjdą stąd cali.
   "W żadnym wypadku placówki opuścić nie możecie. Nie znaczy to, że jesteście skazani na zatratę, nie, będziemy o was pamiętać".
   Głupstwo. Czy to ważne wobec tej jednej, jedynej wartości...
   Życie! - Nie pocałuję nigdy dziewczyny - przemknęło mu niedorzecznie. I:
   "Wierzę w pański charakter, panie podchorąży". I czy to ważne? Czyjaś tam wiara!
   Zresztą ten człowiek zginie - prawdopodobnie - ...
   Ster zląkł się. Tym przypuszczeniem wykazał całą swą podłość, tchórzostwo. Gorzej: niewiarę w zwycięstwo.
   No więc co z tego, co? - Ręce wbijał w drewniany uchwyt broni. - Jestem, j e s t e m tchórzem!
   - Panie podchorąży, panie podchorąży - z kąta wołał Gałuszka.
   - Co tam?
   - Ja już nie mogę, ja już nie wytrzymam tego bólu ooo... - zawył - dobijcie mnie, koledzy, dobijcie!
   - Poczekajcie jeszcze, jak tylko... - zaczął Ster.
   - Czołgi! - Dembowski darł się spod okna. - Czołgi puścili! Cholery!
   - Dobijcie mnie, ja już... panie podchorąży...
   - Zamknij pysk! - pogroził pięścią nie odwracając się
Winter. Podchorąży wytężył wzrok. Małe, pękate pudełka kołysząc się jak kaczki podchodziły z dwu stron, kierując się w stronę domu. Zielona raca na moment oświetliła ich ciemne złowrogie sylwetki i zdradziła posuwającą się za maszynami piechotę nieprzyjacielską.
   Ster czuł idący od stóp do góry dreszcz ciała. Brakło mu tchu. Te skurczone, drapieżne, czyhające na niego postacie ludzkie odebrały mu już resztę nadziei.
   Nie strzelał. Teraz lub nigdy - zdecydował.
   - Dembowski! Winter! Bierzcie...
   - Dobrze jest, panie podchorąży! Jak będą bliżej - to im łupnia!
   - Pepanc mamy, no nie?
   Ster nie skończył. T e r a z j u ż naprawdę stracił nadzieję.
   Odpowiedź Dembowskiego uderzyła go jak silna pięść. Powiedzieć im!
   Zostawić ich - kiedy chcą, to... chyłkiem, nawet nie spostrzegą! - drżał.
Pot lał się z niego, a było mu zimno przeraźliwie. Tylko Gałuszka domyślił się właściwego sensu nie dokończonego zdania dowódcy.
   - Panie podchorąży, tu - śmierć. Czołgi! My już swoje...
   Ster spojrzał w pełznącą tuż, skrzywioną bólem twarz. Winter i Dembowski gwarzyli do siebie półgłosem i szykowali broń.
   - Panie podchorąży - uciekajmy!
   Podchorąży Ster zniżył głowę. Znowu ten ospowaty bolesny psi pysk!
   - Panie podchorąży... - szept stawał się natarczywy, półrozkazujący.
   Młody [dowódca] zobaczył rękę sięgającą ku niemu gestem błagalnym.
   Ten gest jakby go wtrącił w inny wymiar, gdzie prawda staje się jasna i prosta. Gniew rekompensujący tamto wszystko, co podłe, nikczemne; dusił go - nie pozwalał mówić. Zdławił bulgot bezwładnych rwących się słów.
   - Ty draniu, ty drraniu - milcz. Tu masz zdychać! Tu! - piał prawie.
   Ręka Gałuszki niezdarnie zaplątała się koło pasa. Ster uprzedził go.
Przesunął się do tyłu i całą siłą wyprostowanej nagle nogi ugodził w tę proszącą pełznącą nisko twarz.
   - Drraniu - rzucił w stronę skulonego ciała drgającego z bólu.
Winter i Dembowski nie widzieli tej sceny. Zbyt zajęci byli śledzeniem zdradliwych pudełek, w których zamknięci ludzie szli po ich życie. Ster spokojny, prawie poważny, tą samą powagą. jaką miał w sobie gdy stał na. czele szkolnej drużyny sportowej - wrócił do obrony... Czołgi warcząc zębatymi gąsienicami podjeżdżały bliżej, ruchliwymi lufami wieżyczek węszyły złowieszczo.
   Kiedy najbliższy plunął po ścianie prymitywnego bunkra, Ster w zwężonych uwagą oczach zatrzymał na sekundę obraz kolorowych pleców matki, niknących w głębi mieszkania na zielonej, cichej prowincji.



1943 r.


<< pierwsza < Poprzednia 1 2 Następna > ostatnia >>
(c) Magazyn Phalanx i Templum Novum, wszystkie prawa zastrzeżone, przedruki wyłącznie za zgodą redakcji